MOJE DZIEJE

BRONISŁAW JĘDRYK

CZĘŚĆ I LATA MŁODOŚCI

Strona 9

Ostatni okres pobytu i nauki w Świdnicy - matura
W tym czasie, a właściwie do końca mojego pobytu w Świdnicy, do lata 1948 r. - stale i w różny sposób zajmowałem się muzyką, choć nie była to nauka, lecz granie dla własnej satysfakcji, a czasem również przynosiło trochę grosza. Miałem od początku 1947 r. własne pianino. Zdobyłem je za pośrednictwem istniejącego wówczas tzw. Urzędu Likwidacyjnego, który zarządzał całym mieniem poniemieckim. ewidencjonował je i sprzedawał. Nie wszyscy zapewne wiedzą, lub pamiętają, i dlatego być może warto przy okazji o tym napisać, że legalnie można było posiadać poniemieckie meble sprzęty, różne urządzenia po ich zgłoszeniu do Urzędu Likwidacyjnego, który je wyceniał i najczęściej w ratach trzeba było za nie zapłacić. Były też stosowane różnego rodzaju zniżki i ulgi w tych opłatach. Takie przedmioty jak pianina mógł nabyć tylko ten, który się uczył lub umiał grać. W moim przypadku musiałem udowodnić, że potrafię grac i na tej podstawie otrzymałem prawo do pianina, ale tylko prawo, bo pianina nie miałem i musiałem sobie sam je znaleźć u kogoś, kto je miał, ale mu nie przysługiwało.
Dostałem odpowiedni dokument, upoważniający do poszukiwania instrumentu i jego zabrania. W tym czasie znalezienie na miejscu w Świdnicy takiej okazji nie było już możliwe. Wszystkie odszukane pianina miały już legalnych właścicieli. Dowiedziałem się jednak przez kogoś życzliwego, że właściciel sklepu z artykułami żelaznymi w Świdnicy - Filipiak jest w podobnej sytuacji jak ja, bo ma zezwolenie na poszukanie pianina i wybiera się w tym celu swoim półciężarowym samochodem do Stanowic, dużej wsi kilkanaście kilometrów od Świdnicy, gdzie jak "wywęszył", jest podobno kilka pianin, takich jakie szukamy. Skontaktowałem się z nim, a on życzliwie potraktował moją prośbę, aby i dla mnie zdobyć tam pianino. Umówiliśmy się i zabrał mnie na wyprawę po pianino do Stanowic. Pan Filipiak znalazł w jednym z domów bardzo ładne i dobre pianino, które dotychczasowi "właściciele" bez problemów zgodzili się wydać. Ja natomiast miałem trochę kłopotu, bo albo pianino nie nadawało się do użytku, bo stało na dworze i  było zawilgocone, albo posiadający je nie wyrażali zgody na wydanie, tłumacząc, że sami chcą je kupić. W końcu zupełnie już zrezygnowany natrafiłem na niezłe pianino, choć zewnętrznie wymagające napraw kosmetycznych, ale z dobrym mechanizmem, wymagającym tylko drobnych napraw. Dotychczasowi właściciele zgodzili się na wydanie, ale problem powstał kiedy pianino było już na samochodzie. Pojawił się pijany komendant miejscowego posterunku milicji, który zapowiedział, że nie pozwoli zabrać pianina, bo on na nim gra. Nie pomogły żadne tłumaczenia, ani okazywanie dokumentu, ani też perswazje ludzi, u których było to pianino. Ponieważ pianino było już na samochodzie, pan Filipiak chciał odjechać, ale dzielny milicjant zagroził, że będzie strzelał i na dowód swego zdecydowania wyjął pistolet. Sytuacja stała się niebezpieczna, ale jak się za chwilę okazało, ktoś z obecnych dał już znać jego zastępcy co się dzieje i ten właśnie w tym momencie się zjawił. Zapoznał się z sytuacją, sprawdził dokumenty i nie bez trudu, ale odciągnął i zabrał swojego szefa, a nam oczywiście pozwolił odjechać. Jak nam w trakcie tego incydentu powiedzieli dotychczasowi posiadacze pianina, rzeczywiście komendant milicji lubił po pijanemu odwiedzać ich, by sobie pobrzdąkać na pianinie, czego mieli już dosyć, tym bardziej że wiązało się to często też z wymuszanymi przez niego poczęstunkami. Pozbywając się pianina na którym im nie zależało, liczyli, że pozbędą się również uciążliwych wizyt niemiłego im gościa. Takim sposobem stałem się posiadaczem pianina. Pianino to wymagało małego remontu, podklejenia filców i wymianę niektórych drobnych elementów, ale wszystko sam zrobiłem. Wykorzystałem znalezione wśród walających się jeszcze w tym czasie w różnych zakamarkach rupieci, potrzebne mi części i materiały, znalazłem nawet całą kompletną klawiaturę, której czarne klawisze były z prawdziwego mahoniu. Wpadłem na pomysł, aby robić z nich cygarniczki do papierosów. Wprawdzie mahoń jest bardzo twardy i trudny w obróbce, ale zrobiłem kilkanaście takich cygarniczek. Część z nich rozdałem, a pozostałe sprzedałem. Doszla zrobił mi w swojej pracy klucz do strojenia pianina, przy pomocy którego, bardzo mozoląc się udało mi się samodzielnie nastroić je. Na pewno nie był to strój idealny, ale grać było można, a uszy nie więdły z tego powodu.
W tym okresie nie szkoliłem się muzycznie, ale praktycznie stale i w różny sposób udzielałem się muzycznie. W klasach przedpołudniowych, mojej szkoły, które uczyły się w normalnym trybie, bardzo aktywny był nauczyciel śpiewu i muzyki p. Stępień, powszechnie nazywany "Stępelkiem". Przezwisko to zresztą jak pamiętam wymyślił, mój opisywany wcześniej przyjaciel - Witek. Otóż ten pan "Stępelek", wykazywał bardzo dużo inicjatywy w propagowaniu muzyki. Był wręcz fanatykiem na tym punkcie, a przy tym okazał się doskonałym organizatorem, różnych przedsięwzięć muzycznych. Udało mu się w krótkim czasie stworzyć chór szkolny, powołał do życia orkiestrę dętą, którą nauczył grać skomponowany przez siebie hymn szkoły, a poza tym prowadził zespół muzyczny w teatrze świdnickim. W teatrze tym szkoła wystawiła grane kilkadziesiąt razy "Wesele" Wyspiańskiego. Na marginesie wspomnę, że suflerem tego przedstawienia był nieoceniony w tej roli Witek, nadzwyczaj uzdolniony szkolny "podpowiadacz", o czym będę miał sposobność jeszcze wspomnieć, przy innej okazji. W tworzeniu oprawy muzycznej do tego przedstawienia, opracowanej przez "Stępelka" i ja brałem udział na zmianę z innymi z uwagi na długi okres jej wystawiania. Podobnie uczestniczyłem w muzycznym przedstawieniu o charakterze operetki, którego tytułu nie mogę odtworzyć - grając tym razem na fisharmonii. Za udział w tych przedstawieniach dostawałem jakieś niezbyt duże honorarium, co nie było dla mnie bez znaczenia. Poza tym kilka razy zdarzyło mi się akompaniować moim przyjaciołom - skrzypkom w kościele na organach z okazji ślubów. Tak było również na ślubie siostry Wojtka Pieszczocha w katedrze świdnickiej.
W wieczorowym gimnazjum dla dorosłych byłem najmłodszym uczniem prawdopodobnie nie tylko w klasie, ale być może w całej szkole. W każdym razie młodszych od siebie nie spotykałem, a w mojej klasie uczyli się tacy nawet, którzy szkołę podstawową ukończyli jeszcze przed wybuchem wojny. Były to osoby, które przyjechały do Świdnicy z różnych stron dawnej Polski, a nawet takie, które powróciły do Polski z Zachodu, gdzie służyły w Polskich Siłach Zbrojnych. Pomimo różnicy wieku, nigdy nie odczuwałem żadnego dystansu ze strony starszych kolegów i koleżanek. Poza szkołą najbardziej przyjaźniłem się w dalszym ciągu z kolegami i koleżankami z poprzedniej klasy. W trzeciej klasie gimnazjalnej częściowo zmieniło się grono profesorskie, na przykład łaciny zaczął uczyć ksiądz Klus, z czego najbardziej się cieszyłem, ponieważ przedmiot ten nie należał do najbardziej ulubionych przeze mnie, a ksiądz z góry zakładał, że niczego nas nie nauczy, i nie krył tego przed nami. Lekcję prowadził w skrajnych przypadkach w ten sposób, że zapisywał całą tablicę łacińskimi tekstami, a następnie pytał, czy wiemy, co napisał. Oczywiście nikt nawet nie próbował tłumaczyć, a on na to odzywał się: "Napisałem coś o was bardzo niepochlebnego, ale nie przetłumaczę wam, bo nie chcę nikogo obrażać". Ale lekcje z księdzem bywały również bardzo ciekawe, kiedy zamiast łaciny prowadzone były interesujące dyskusje. W rzeczywistości ksiądz Klus był człowiekiem bardzo życiowym i postępowym, który wiele przeszedł w czasie wojny, ale był równocześnie fanatykiem antyku oraz łaciny i greki. Był kapelanem szkoły i równocześnie wychowawcą w przyszkolnym internacie. Zdarzało się po lekcjach zobaczyć go na szkolnym boisku w krótkich spodenkach, grającego z uczniami w siatkówkę, którą bardzo lubił. Grał nienajlepiej, a uczniowie znając jego słabość, dawali mu niepostrzeżenie odnosić drobne sukcesy - tak na wszelki wypadek.
Rok szkolny 1946/1947 przeleciał w szkole bardzo szybko i dwie klasy gimnazjalne - trzecią i czwartą miałem już za sobą. Od nowego roku szkolnego byłem licealistą, ale pozostał mi jeszcze wybór typu liceum. Były trzy możliwości: liceum humanistyczne, matematyczno-fizyczne i przyrodniczo - matematyczne. Wybrałem ambitnie - liceum humanistyczne, choć później były chwile, w których żałowałem tego wyboru. Przyczyną tego była łacina, której w liceum nie uczył już nas niestety ksiądz Klus, ale bardzo wymagający profesor Harchala. Zmiana nauczyciela łaciny, była właściwie tragedią dla większości, ponieważ faktycznie nie mieliśmy przerobionego materiału z tego przedmiotu w zakresie obowiązującym w gimnazjum. Potworzyły się grupki i zespoły samokształceniowe, oraz opłacające dodatkowe lekcje z tego przedmiotu. Ja po raz drugi musiałem nadrabiać opóźnienie z łaciny, ale tym razem bez pomocy nauczyciela, nie tak jak było w drugiej klasie gimnazjum. Szkolił mnie z łaciny tym razem Witek, ale na zakończenie klasy kiedy, trzeba było zdać cały przerobiony materiał i tak ubezpieczał mnie swoim genialnym podpowiadaniem. Sytuacja taka była możliwa, ponieważ pan Harchala, kompletnie nie miał daru do zapamiętywania słuchaczy, co w dodatku przy słabym jego wzroku, pozwalało na przebywanie na lekcji takich "konsultantów" jak Witek. Z innych przedmiotów nie miałem trudności, były i takie, które szczególnie lubiłem, a mianowicie język angielski i chemię. Tego pierwszego uczyła pani profesor stosunkowo młoda, bo w wieku nie wiele starszym od niektórych uczniów, która właśnie krotko przed zaangażowaniem się w szkole wróciła do Polski z Anglii, gdzie studiowała w czasie wojny anglistykę. Była kobietą bardzo ładną i wielu z uczniów podkochiwało się w niej, a kiedy zauważała zbyt ciepłe spojrzenia, zaraz rumieniła się. Bardzo dobrze uczyła języka, być może również dzięki jej wszystkim zaletom przedmiot ten był ogólnie lubiany i dobre były wyniki nauki. Drugim przedmiotem, który wymieniłem jako lubiany przeze mnie była chemia. Uczył jej inżynier pan Serwatka, bardzo wymagający, ale doskonale, jak dla mnie, tłumaczący zawiłości tego bądź, co bądź trudnego dla wielu przedmiotu. To że do dzisiaj dużo pamiętam z chemii, to właśnie dzięki jego wykładom. Był bardzo dowcipny, lubił żartować, ale i sam nie obrażał się z żartów z niego. W klasie gospodarzem był jeden z najstarszych uczniów, który nazywał się Śmietanko. Inżynier Serwatka zwykle zwracał się do niego per: "mój lepszy kuzynie".
W tym czasie spotkało mnie na terenie szkoły zupełnie zagadkowe zdarzenie. Pewnego dnia na długiej przerwie, dwóch panów dopytywało się na korytarzu o Jędryka. Ktoś pokazał im mnie, podeszli i bez przedstawiania się powiedzieli, że interesują się pewnymi zdjęciami, które jak wiedzą posiadam. Chodziło im mianowicie o zdjęcia amatorskie, które posiadał mój ojciec, zrobione przez Niemców z likwidacji jakiegoś getta. Rzeczywiście, ojciec w czasie, kiedy przyjmował od Niemców prace amatorskie, bywały, wśród nich bardzo ciekawe z wielu powodów. Z filmów takich ojciec robił dodatkowe odbitki, które przekazywał gdzieś, ale niektóre niezależnie od tego, zachowywał również dla siebie. Były wśród nich rzeczywiście zdjęcia, które mogły ich interesować. Były to zdjęcia, na których widać było sceny z brutalnego wypędzania z domów Żydów, i ich rozstrzeliwania. Zdjęcia te nawet ja sam powiększałem z małoobrazkowego filmu, ponieważ ojciec właśnie wtedy miał chore palce, zgniecione leżakiem, o czym wcześniej pisałem. Było to kilkadziesiąt zdjęć formatu 6 x 9, w kartonowym firmowym pudełku Agfy, na którym ojciec napisał nazwisko Niemca, który dał je do zrobienia. Oczywiście, gdzie i kiedy były robione, ojciec nie wiedział, tak jak w innych tego rodzaju przypadkach i nie mógł się, co oczywiste, pytać o to ich autora. i faktycznie, między innymi i to pudełko ze zdjęciami, miałem w Świdnicy w swoim pokoju w szafce. Sytuacją, jaka mnie spotkała, byłem ogromnie zaskoczony, ale starałem się oczywiście nie dać poznać tego po sobie, choć nie wiem czy mi się to w pełni udało. W każdym razie stanowczo zaprzeczyłem, że mam jakieś tego rodzaju zdjęcia po ojcu i spytałem skąd oni mają takie informacje. Nie odpowiedzieli na moje pytanie, ale zapewnili, że wierzą, że jest prawdą, to co wiedzą, a ja za te zdjęcia mógłbym dostać sporo pieniędzy. Na koniec rozmowy powiedzieli, że powinienem się zastanowić, a oni jeszcze przyjdą do mnie. Cała sprawa była zupełnie zagadkowa, a ja po ich odejściu dopiero po jakimś czasie doszedłem do siebie, ale w szkole nie dosiedziałem do końca zajęć, bo chciałem jak najszybciej wrócić do domu i opowiedzieć Doszli o zajściu oraz poradzić się co robić. Analizując sam to zajście doszedłem do wniosku, że odruchowo, bez namysłu, na który zresztą nie było czasu, nie przyznając się do posiadania tych zdjęć dobrze zrobiłem tym bardziej, że przecież nie wiedziałem z kim mam do czynienia. W domu pokazałem te zdjęcia Doszli i opowiedziałem, co mnie przydarzyło się. Zdjęć tych Doszla wcześniej nie widział. Pochwalił mnie, że nie przyznając się do nich, postąpiłem bardzo dobrze i  rozsądnie. Doradził mi bym wszystkie tego rodzaju zdjęcia gdzieś sprytnie ukrył, bo mogą się kiedyś jeszcze przydać. Ustaliliśmy, że jak jeszcze raz przyjdą, mam trzymać się tego samego i uzasadnić, że przecież wyjeżdżając ze Stanisławowa nie miał nikt głowy nawet, jeżeli jakieś zdjęcia były, aby o tym myśleć. a ja żadnych zdjęć nie mam i nic o nich nie wiem. Zdjęcia natomiast, rzeczywiście ukryłem. Zapakowałem je w mocny papier, wyniosłem na strych i po drabinie wszedłem na najwyższą część szczytowej ściany, na której wcisnąłem je pod dachówkę. Po kilku dniach owi dwaj panowie ponownie odwiedzili mnie w szkole, ale tym razem byłem już przygotowany do rozmowy z nimi. Pomimo ich nalegań nie przyznałem się do posiadania zdjęć i przedstawiłem im wcześniej wielokrotnie przećwiczone w myślach argumenty świadczące, że informację ich nie mogą być wiarygodne. W końcu posłużyłem się tym, co mi poprzednio zaproponowali, a mianowicie argumentem pieniędzy. Powiedziałem, że gdybym miał zdjęcia chętnie skorzystałbym z propozycji, ponieważ pieniądze w mojej sytuacji są mi bardzo potrzebne. Na tym cała sprawa skończyła się.
Po pierwszym półroczu roku szkolnego 1947/48, które kończyło i klasę licealną dostałem promocję do klasy II, czyli przedmaturalnej. Miałem wtedy 16 i pół lat i za pół roku maturę na karku. Zaczęło się, jak to zwykle przed maturą, intensywne uczenie się. Jak pamiętam, na maturze w moim przypadku miałem zdawać język polski, i angielski oraz matematykę pisemnie i ustnie, a historię i propedeutykę nauk społeczno - gospodarczych, tylko ustnie.
Z samego egzaminu maturalnego pamiętam jedynie dwa epizody, a mianowicie - z języka angielskiego na egzaminie ustnym wyciągnąłem pytanie o zwyczajach angielskich i opowiadałem o potrawach na angielskich stołach świątecznych, z czego byłem bardzo zadowolony, natomiast tuż przed wejściem na egzamin z historii zapytałem na "giełdzie" przed drzwiami o coś z tematu Kazimierz Wielki. Po wyciągnięciu kartki z pytaniami, pierwsze było na temat tego właśnie króla i okresu. Cała matura poszła mi dobrze. Byłem bardzo szczęśliwy i dumny, ponieważ otrzymanie świadectwa dojrzałości było dla mnie realizacją, jak sądziłem bardzo ambitnego, postawionego sobie celu.
Kliknij aby powiekszyć
Świadectwo
Kliknij aby powiekszyć
Świadectwo b
Osiągnięcie jego wprawdzie kończyło pewien etap edukacji, ale równocześnie stawiało mi pytanie co dalej? Wcześniej, przed zdaniem matury, wydawało mi się, że szczytem moich możliwości będzie zdana matura i nie zastanawiałem się, że mogą być kolejne cele. Dopiero teraz zacząłem myśleć o dalszej nauce, zdając sobie jednak doskonale sprawę z tego, że konieczne jest równoczesne podjęcie pracy. Poza tym miałem ambicję zupełnego, również formalnego, usamodzielnienia się. W tym czasie Cesia Doszla mieszkała już w Szczecinie dokąd wyjechała z Wrocławia, gdzie próbowała studiować prawo, ale coś się jej tam nie układało. Od niej dowiedziałem się, że w Szczecinie powstała Akademia Handlowa, początkowo jako oddział uczelni poznańskiej. Istotną była dla mnie informacja, że można tam, przy dobrych układach, studiować pracując. Myśląc o swojej najbliższej przyszłości coraz bardziej nabierałem przekonania, że należy podjąć studia, równocześnie samodzielnie się utrzymując, co było zresztą zupełnie oczywiste.
Tymczasem, będąc przy jakiejś okazji w sekretariacie mojej szkoły, spotkałem żonę dyrektora, panią Słobódzką, która zapytała mnie czy nie chciałbym popracować przez jeden, lub dwa letnie miesiące. Okazało się, że ktoś z jej znajomych szukał kandydata do pracy w Sądzie Okręgowym w Świdnicy, do Wydziału Karnego na okres nieobecności kierowniczki sekretariatu. Propozycja Ta była dla mnie bardzo szczęśliwą okazją do zarobienia pieniędzy przed ewentualnym wyjazdem ze Świdnicy. Oczywiście skwapliwie, choć z wielką tremą skorzystałem z oferty. Pracy tej przestraszyłem się natomiast na dobre wtedy, kiedy dowiedziałem się co będę musiał robić i jak to będzie odpowiedzialne zajęcie. Z zakresem pracy zapoznał mnie stary przedwojenny urzędnik sądowy, pan Kowal, dla którego wszystko, co dzieje się w sądzie było zupełnie oczywiste i proste nie wymagające wiele tłumaczenia. Pokazał mi szafę z  aktami spraw, które trzeba przygotować na posiedzenia sądu. W każdej teczce było zarządzenie sędziego o wyznaczeniu rozprawy, a moim zadaniem było napisanie i wysłanie wezwań dla stron, świadków. Wysłanie dyspozycji doprowadzenie oskarżonych z aresztu i wiele jeszcze innych związanych z tym czynności. Pan Kowal pokazał mi też półkę na której leżą potrzebne druki, wybrał kilkanaście teczek akt i polecił, bym po ich przygotowaniu zawiadomił go, a on wszystko sprawdzi. Zostawił mnie w bardzo dużym pokoju sam na sam ze stosem teczek i moją niewiarą w możliwość podołania tak poważnym i zupełnie nowym dla mnie obowiązkom. Sporo się biedziłem i "główkowałem" nad przygotowaniem pierwszej sprawy, trochę też napsułem druczków i formularzy, ale w końcu, kiedy dobrnąłem do końca tych pierwszych akt, byłem zadowolony z siebie. Podobnie jak w tej pierwszej sprawie namęczyłem się też w następnych, które miałem opracować na koniec dnia, ale jak mi się wydawało zrobiłem wszystko, co trzeba. Następnego dnia z duszą na ramieniu zaniosłem akta do pana Kowala. Przeglądnął je i stwierdził, że wszystko byłoby dobrze gdybym jednak zauważył, że aresztowanych trzeba doprowadzić z aresztu pod konwojem, czego ja nie dopatrzyłem się i nie powypełniałem odpowiednich druczków. Szczerze jednak pocieszył mnie, że i tak nie sądził, że dam sobie radę bez bieżących wskazówek i systematycznego nadzoru, w pierwszym okresie mojej pracy. Ta jego pochwała tak bardzo mnie zmobilizowała, że w następnych dniach przeżywałem trudne chwile, kiedy miałem jakieś nowe problemy, a ambicja po tej pochwale, nie pozwalała mi się zapytać o cokolwiek. W następstwie narobiłem trochę błędów, ale zostały mi darowane, ponieważ dotyczyły wyłącznie sytuacji, z którymi wcześniej jeszcze się nie spotkałem. Najtrudniejszym dla mnie zadaniem, jak się okazało, było jednak protokołowanie rozpraw sądowych, co też wchodziło w zakres moich powinności. Na szczęście jednak sędziowie widząc, że mają do czynienia z nowicjuszem, byli tak mili i uczynni, że na początku wręcz dyktowali mi na rozprawie treść protokołu, lub też pomagali mi go sklecić po rozprawie w oparciu o moje notatki. Po pewnym niedługim czasie i kilkunastu sprawach, protokołowałem już samodzielnie, ale do końca swojej pracy w sądzie, chcąc, aby protokoły były czytelne i bez poprawek, zostawałem po godzinach i przepisywałem je na czysto, czego inni protokolanci nie robili. Pod koniec mojej miesięcznej pracy zostałem wezwany do prezesa sądu, na rozmowę. Zaproponował mi stała pracę w sądzie i wysłanie mnie na dziewięciomiesięczny kurs prokuratorów do Łodzi. Ja byłem jednak już w tym czasie zdecydowany na wyjazd do Szczecina i rozpoczęcie normalnych studiów. Pomimo tego, że propozycja pana prezesa sądu była bardzo kusząca, na szczęście oparłem się jej i chyba dobrze zrobiłem. Jak mi wiadomo, prokuratorzy po tym łódzkim kursie po kilku latach tracili uprawnienia o ile nie ukończyli normalnych studiów prawniczych. Ostatniego dnia sierpnia 1948 roku rozstałem się z moją pierwszą pracą, mając w kieszeni zaświadczenie z zaskakująco dobrą opinią.
Kliknij aby powiekszyć
Zaświadczenie
Tak zakończył się dla mnie, bardzo ważny i zarazem ciekawy okres mego życia i nauki. Z perspektywy czasu oceniam, że w ciągu trzech lat przebywania w Świdnicy, wiele osiągnąłem, zarówno dzięki sprzyjającym okolicznościom, życzliwym ludziom, ale co stwierdzam bez fałszywej skromności, również dzięki własnym rozsądnym decyzjom, a czasem nawet intuicyjnemu poradzeniu sobie w nowej, nieznanej sytuacji.
W pierwszych dniach września porozumiałem się z Cesią Doszlą, która jak pisałem, mieszkała już od kilku miesięcy w Szczecinie, na temat mojego przeniesienia się do tego miasta. Zachęcała mnie do przyjazdu, nie ukrywając jednak, że będę zdany na własne siły, co mnie nie przestraszyło. Czułem się na siłach, podjąć to nowe wyzwanie życiowe, zwłaszcza po moich dotychczasowych doświadczeniach i pewności siebie jakiej nabrałem dzięki zdaniu matury, a też i po pierwszej skromnej wprawdzie, ale udanej praktyce w sądzie. Cesia zastrzegła jednak, że na jej pomoc liczyć mogę tylko w ograniczonym zakresie, głównie w postaci rad, jako osoby znającej już trochę miasto i ludzi, ale nie na wiele więcej. Zaoferowała mi również jeden nocleg, bezpośrednio po przyjeździe, ponieważ sama mieszkała w wynajętym pokoju sublokatorskim, w którym na dłuższy mój pobyt nie zgodzą się właściciele domu, a właściwie willi, która była położona przy ul. Michałowskiego (pod Laskiem Arkońskim, naprzeciw wylotu ul. Unii Lubelskiej, po drugiej stronie Al. Wojska Polskiego). Warunki te oczywiście przyjąłem, zresztą na nic więcej nie liczyłem, a i za to byłem wdzięczny. Wkrótce spakowałem wszystko, co najpotrzebniejszego miałem w swoim skromnym dobytku do dużej tekturowej walizki, którą przywiozłem jeszcze ze Stanisławowa, wsiadłem do pociągu do Wrocławia, aby tam przesiąść się do nocnego pociągu do Szczecina. W kieszeni miałem, jak dobrze pamiętam, 3000 ówczesnych złotych, w całości w banknotach dwudziestozłotowych. Rano wysiadłem z pociągu na Dworcu Głównym w Szczecinie.
<- Strona 8
Bronisław Jędryk
1375706 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku


WWW stanislawow.net