MOJE DZIEJE

BRONISŁAW JĘDRYK

CZĘŚĆ I LATA MŁODOŚCI

Strona 8

Podróż w nieznane
W czasie podróży pociąg bardzo często zatrzymywał się na krótsze, lub nawet bardzo długie postoje, zarówno na stacjach kolejowych jak również w szczerym polu. W czasie postojów najważniejszym zadaniem było zdobycie wody, co najłatwiej udawało się, gdy transport zatrzymywał się blisko hydrantów do pobierania wody przez parowóz. Wtedy momentalnie ustawiała się kolejka z wiadrami, ale bywało, że nie wszyscy zdołali je napełnić, bo maszynista dawał znać gwizdkiem, że zaraz będzie odjazd i trzeba było pędzić do swojego wagonu lub, gdy był za daleko wskoczyć da najbliższego, a później na kolejnym postoju dostać się dopiero do swojego. Muszę wyjaśnić, że transport ciągnęła radziecka lokomotywa *) z ich podwójną obsługą, która miała zaraz za nią wagon towarowy urządzony jako mieszkalny. Gdy jedna zmiana pracowała na lokomotywie, druga w tym czasie odpoczywała w wagonie. W czasie podróży ciepłe posiłki mogli jeść tylko ci, którzy mieli na czym je ugotować, to znaczy mieli kuchenki typu "prymus" na naftę, lub benzynę. My mieliśmy w wagonie takie urządzenie, dzięki czemu można było coś przyrządzić. Jadąc, widać było bardzo duży ruch transportów wojskowych, w tym wiele jadących na wschód z rożnymi, często bardzo dużymi urządzeniami i maszynami. Później, już będąc na dawnych terenach niemieckich, widziało się wiele obiektów przemysłowych, nawet nie zniszczonych w czasie działań wojennych, ale były to puste hale bez wyposażenia, które pojechało na wschód. W trakcie podróży, która przecież nie była wycieczką krajoznawczą i odbywała się w uciążliwych warunkach, nie to najbardziej doskwierało, ale niepewność gdzie dojedziemy i co nas tam czeka.
Po kilku dobach podróży, która trwała tylko niecały tydzień, co według informacji jakie wcześniej mieliśmy, było wyjątkowo szybkim pokonaniem trasy, przejechaliśmy Śląsk i wjechaliśmy na dawne ziemie niemieckie. Zobaczyliśmy wtedy pierwszych cywili - Niemców, wyłącznie ludzi starszych i co jakoś wyjątkowo utkwiło w mojej pamięci, bardzo często ciągnących za sobą drewniane wózki. Może właśnie ten widok, tak dobrze zapamiętałem, bo u nas wózki takie były rzadkością, a u praktycznych Niemców, były bardzo powszechnie używane. Któregoś przedpołudnia w bardzo słoneczny dzień, pociąg zatrzymał się na torach stacji towarowej, które biegły po wysokim nasypie. Na dole kilka metrów niżej rozciągały się aż po horyzont łąki, a w sąsiedztwie nasypu widać było setki skleconych z byle czego bud, jakiś zadaszeń i kręcących się wśród nich ludzi. Gigantyczne obozowisku cygańskie tylko bez kolorowych wozów i koni. Nad tym obozowiskiem rozpościerały się dymy z ognisk i różnych prymitywnych kuchenek, na których ci koczownicy gotowali dla siebie posiłki. Okazało się, że jest to i dla nas koniec podróży. Nakazano nam w ciągu krótkiego czasu wyładować wszystko, uprzedzając z góry, że  po jego upływie wagony odjadą nie czekając na opieszałych. Była to celowa presja na ludzi, ponieważ zaczęli się buntować, na to, że mamy w takim niedogodnym miejscu zakończyć podróż, a niedogodność polegała na tym, że bagaże trzeba było znosić na dół po stromej skarpie, a ponadto przerażały warunki i  widok miejsca od którego mieliśmy zacząć nowe życie. Ale nie było wyjścia. Nawet nie wiedzieliśmy z początku gdzie dokładnie jesteśmy, a był to Brochów, prawie przedmieście Wrocławia. Pod presją upływającego czasu i groźby, że nie zdążymy rozładować wagonu, wszyscy zabrali się do działania, a polegało ono przede wszystkim na tym, aby znaleźć sobie na tym obozowisku jakieś możliwie dobre miejsce, zgromadzić jak najlepsze "materiały", pozostawione przez tych, którzy wcześniej tu koczowali, do urządzenia własnego obozu. Ogromnego wysiłku wymagało zniesienie na dół po stromej skarpie skrzyń i innych, zwłaszcza ciężkich bagaży, ale najtrudniejszym zadaniem było wyprowadzenie z wagonu krowy, bo nie było przecież żadnej rampy. Udało się to zrobić, ale na drugą stronę wagonu, nie od strony skarpy, przy użyciu różnych ściągniętych na to miejsce desek i bali. Do wieczora byliśmy już jako tako umiejscowieni, po bardzo nerwowej i wyczerpującej pracy Dla mnie podstawowymi obowiązkami w czasie koczowania w tym obozie, było przynoszenie z dosyć odległej stacji wody, oraz pasienie dwa razy dziennie krowy i kozy na łące przylegającej do obozowiska. Te niecodzienne i niezbyt odpowiadające mi zajęcia musiałem spełniać, zdając sobie sprawę z wymagających tego okoliczności i swojego położenia. Po jakimś czasie, może był to tydzień, a może trwało to nieco dłużej, kolejne rekonesanse okolicy, pozwoliły na znalezienie możliwego do zajęcia mało zrujnowanego domu, przy ładnej willowej ulicy w samym Brochowie. Nie pamiętam w jaki sposób i czym przewieziony został tam cały dobytek, ale pamiętam, że żadnych mebli w tym domu nie było, a znajdywało się je w innych z których były znoszone, by jakoś urządzić sobie mieszkanie. Dom ten stał w dosyć dużym, ale zaniedbanym ogrodzie. Nigdzie nie było jednak pomieszczenia, w którym można by ulokować krowę i kozę. Z konieczności umieszczone zostały w małym pokoju na parterze, który miał wejście z ogrodu i był prawie na jednakowym poziomie z nim. Nie było innego rozwiązania, a były to przecież żywicielki, o które trzeba było zadbać. Do moich obowiązków w dalszym ciągu należało pasienie rogacizny. Pastwiskiem były ugory, kilkaset metrów od domu, po drugiej stronie szosy. Ugory te musiały być niedawno polem walki, ponieważ były tam rowy strzeleckie, porozbijany sprzęt wojskowy, stał spalony czołg, były resztki zasieków z drutu kolczastego. Pasienie krowy w takim miejscu okazało się dla mnie nieszczęśliwe. Zdarzyło się, że w czasie pasienia się, przednia noga krowy wpadła do jakiegoś wykrotu, w którym na czymś dosyć mocno zraniła ją sobie. Była to dla mnie klęska, tym bardziej, że nie mogłem ocenić jak bardzo poważna jest rana. Zdawałem sobie sprawę, że na pewno podpadnę, bo nie upilnowałem tak cennego zwierzaka. i rzeczywiście, sporo mi się dostało wymówek, zwłaszcza od starej Lewińskiej i Doszlowej - że nawet krowy nie potrafiłem upilnować. Na szczęście po kilku dniach rana krowie zagoiła się, a ja musiałem wznowić pasienie, co teraz robiłem z wielką troskliwością i uwagą oraz z "duszą na ramieniu", oby znowu coś się nie stało bydlakowi.
Urządzanie się w nowym miejscu
Z Brochowa, gdzie znalazł się dla nas tymczasowy dom, rozpoczęły się poszukiwania właściwego dla każdego, miejsca do stałego zamieszkania, pracy i urządzenia się. W tym celu Doszla i jego zięć Bronek zaczęli odwiedzać okolicę szukając dla siebie i rodziny odpowiedniego miejsca. Doszla jako pracownik warsztatów kolejowych rozpoczął poszukiwania i ustalił, że w Świdnicy, około 60 kilometrów na południe od Wrocławia są duże warsztaty kolejowe. Wybrał się tam, a  wrócił do Brochowa z dobrą wiadomością. Załatwił sobie tam pracę w swoim zawodzie ślusarza. Dostał też w pobliżu warsztatów trzypokojowe mieszkanie i dokument upoważniający go do otrzymania na dworcu towarowym w Brochowie, wagonu kolejowego na przywiezienie swoich rzeczy do Świdnicy. W tym czasie Bronek rozpoczął poszukiwania w okolicy Wrocławia jakiegoś młyna nadającego się do uruchomienia. Jak wcześniej opisywałem, teściowie Stefy byli wspólnie z Józefem Lewińskim, stryjem Bronka, aresztowanym wraz z moim ojcem, właścicielami młyna w Mariampolu. Ponieważ swój młyn zostawili na Wschodzie, co było potwierdzone w karcie repatriacyjnej, mieli prawo do młyna na Zachodzie, ale trzeba było sobie taki obiekt samemu znaleźć. Ponieważ poszukiwania wiązały się z jeżdżeniem po okolicznych wsiach, a komunikacji nie było, Bronek dostał od swoich rodziców jakieś walory za które kupił od radzieckich wojskowych motocykl, którym objeżdżał okolice. Pewnego dnia nie wrócił do wieczora do domu, co wzbudziło niepokój w rodzinie, bo jak wiadomo tamte czasy nie były spokojne. Późnym wieczorem zjawił się Bronek w domu, ale trochę poturbowany i bez motocykla. Okazało się, że na autostradzie koło Wrocławia zatrzymali go jadący ciężarowym samochodem sowieccy żołnierze, pobili go, powiedzieli, że motocykl jest ich tylko został im skradziony. Oczywiście dalszej dyskusji nie było, motocykl załadowali na  samochód i odjechali, a swoją ofiarę zostawili na autostradzie. Z różnymi perypetiami Bronek dotarł do domu, uważając, na pewno słusznie, że i tak miał szczęście, bo uszedł sam prawie cało. W tym dniu wracał właśnie zadowolony do domu, ponieważ znalazł w Okulicach, około 25 kilometrów na południe od Wrocławia, koło Ślęzy młyn wraz z domem, nadający się do zagospodarowania. Tak się składało, że Okulice były mniej więcej w połowie drogi między Świdnicą, a Wrocławiem. W ten sposób obydwie rodziny znalazły swoje pierwsze stałe miejsca na nowych ziemiach nazywanych Odzyskanymi.
W czasie pobytu w Brochowie, korzystałem z każdej okazji zwiedzania okolicy, a szczególnie byłem ciekawy Wrocławia. Kilka razy w tym czasie udało mi się być tam z innymi ludźmi, ale raz byłem, co pamiętam z Doszlową. Wrocław robił okropne wrażenie, mnóstwo gruzów, zawalonych domów, poprzewracanych tramwajów, na ulicach walające się porozbijane meble i sprzęty domowe. Ale już wtedy na obecnym Placu Grunwaldzkim, za znanym, charakterystycznym mostem wiszącym, w miejscu gdzie w czasie oblężenia Wrocławia, po wyburzonych specjalnie w tym celu domach, Niemcy urządzili lotnisko - funkcjonowało targowisko. Handlowali tam z jednej strony Niemcy sprzedający głównie odzież obdartym repatriantom, którzy prawie przez sześć lat nie mieli możliwości zdobywania jej, z drugiej zaś ci właśnie przybysze uzyskiwali ją od wygłodniałych Niemców za przywiezione ze wschodu resztki zapasów żywności i otrzymywany czasami już wtedy prowiant z amerykańskich paczek znanej organizacji pomocy UNRRA. Trzeba wspomnieć, że od przedwiośnia 1945 r. toczyły się tu walki, pola były w znacznej części nie obsiane, a więc normalnych żniw nie było, tym bardziej, że z większych obszarów uprawionych pól, plony zbierało wojsko sowieckie na swoje potrzeby.
Na trasie pomiędzy Brochowem, a Wrocławiem, były różne zdewastowane częściowo fabryki i inne zakłady. W miarę wolnego czasu, a zwłaszcza wtedy, gdy udawało mi się nie paść krowy i kozy, urządzaliśmy z Cesią Doszlów, lub Stefą wyprawy do nich. Znajdywało się tam bardzo wiele pożytecznych rzeczy. Z fabryki wyrobów papierniczych przynieśliśmy mnóstwo typowych niebieskich kopert do listów, z których korzystało się przez wiele lat. W fabryce tej zaopatrzyłem się w papier do pisania, z myślą o przyszłej nauce. Z tego papieru zszywałem później zeszyty, z których przez długi czas korzystałem w Świdnicy. Był to przykład (nie chwaląc się), mojej zaradności i zapobiegliwości. Takich przykładów było zresztą ze strony wszystkich wiele. Na przykład Doszla w czasie pobytu w Brochowie, zdążył zrobić z różnych wyszukanych w tym celu rurek i baniaków, aparaturę do pędzenia bimbru, w czym mu i ja pomagałem, przy pomocy której, produkował bimber zamieniany na konserwy u  żołnierzy sowieckich.
Przykładem przejawianej wtedy zaradności było na przykład wybudowanie przez Doszlę w ogrodzie domu prymitywnego pieca chlebowego, w którym jednak wypiekło się od dawna nie jedzony pierwszy chleb z własnej mąki.
Kilka dni po załatwieniu sobie pracy przez Doszlę, zamówił podstawienie wagonu, do którego załadowaliśmy to wszystko co przywieźliśmy ze sobą oraz trochę sprzętów i potrzebnych drobiazgów "zagospodarowanych" już w Brochowie. Rozstając się z Lewińskimi, podarowali oni Doszlom, przywiezioną z Mariampola kozę, która pojechała z nami do Świdnicy.
W Świdnicy znaleźliśmy się bardzo szybko. Wagon przetoczono na bocznicę warsztatów kolejowych, kilkaset metrów od domu, w którym mieliśmy zamieszkać. Wszystko z wagonu, a nie było tego zbyt wiele, przewieźliśmy ręcznymi wózkami i zaczęło się zagospodarowywanie mieszkania. Było to trzypokojowe mieszkanie na parterze w typowym dwupiętrowym domu, jednym z kilkunastu na tym pracowniczym osiedlu. Mnie oddali Doszlowie do prawie wyłącznego użytkowania najmniejszy pokój. W pozostałych mieszkali starzy Doszlowie i ich córka Cesia. Wkrótce Doszla rozpoczął pracę, która w pierwszym okresie polegała na uruchamianiu częściowo zdewastowanych warsztatów, które były zakładem dosyć nowoczesnym, bo wybudowanym w latach trzydziestych, równocześnie z osiedlem mieszkaniowym. Polaków wtedy nie było jeszcze wielu, a w większości pracowali Niemcy, przeważnie w wieku emerytalnym. Doszla był dobrym fachowcem i od razu został szefem - brygadzistą. Znał dobrze język niemiecki, co nie było bez znaczenia, ponieważ kierował pracą Niemców.
W czasie przeprowadzanego rekonesansu okolicy, okazało się, że oprócz ogródków przydomowych z komórkami, (przydała się taka komórka dla kozy) znajdującymi się na zapleczu domu, dalej na skraju osiedla, był kompleks bardzo dobrze zagospodarowanych działek warzywno-owocowych. Tego rodzaju działki widzieliśmy po raz pierwszy, i od razu zajęliśmy dwie z nich, leżące blisko domu, z ładnymi dobrze utrzymanymi drzewami i  krzewami. Do szopki na działce naznosiłem potrzebnych narzędzi z innych działek, nie zajętych jeszcze przez nikogo. Na wielu drzewach były owoce, które można było już zrywać, co była pierwszym cennym pożytkiem z działek.
W miarę możliwości i w związku z potrzebą zapoznania się z miastem robiłem wyprawy do śródmieścia Świdnicy, dosyć odległego, bo o około trzy kilometry od miejsca zamieszkania. Dobrze pamiętam, jak pierwszy raz wybrałem się sam do śródmieścia, gdzie było czynnych już kilka skromnych sklepików i jedna piekarnia. Na jej wystawie zobaczyłem po raz pierwszy od czasów przedwojennych, piękne rumiane bułeczki, a  na ulicy poczułem wspaniały zapach świeżego pieczywa. W kieszeni miałem kilka pierwszych polskich złotych, jakie dostawali wszyscy repatrianci z Państwowego Urzędu Repatriacyjnego po osiedleniu się. Nie mogłem sobie odmówić kupienia takiego rarytasu, jak pachnąca bułeczka. Oczywiście zaraz na ulicy łapczywie ją zjadłem. Nie odszedłem daleko od piekarni, bo musiałem pod presją jej smaku, wrócić po następną, a potem po kolejną i w końcu tyle razy, że skończyła się resztka kieszonkowego. Były to najsmaczniejsze bułki, jakie jadłem w swoim życiu.
W tym czasie uruchomione już zostało w Świdnicy gimnazjum i liceum normalne - dzienne, do którego przyjmowano kandydatów na uczniów z pewną tolerancją wiekową, ale niezbyt "przerośniętych" i wieczorowe - przyśpieszone dla tych, którzy mieli większe opóźnienia w edukacji i w dodatku pracowali, a wszystko było pod jednym kierownictwem dyrektora Mariana Kozar - Słobódzkiego. Był on legionistą z I wojny Światowej, znanym jako autor legionowej piosenki "Rozkwitały pęki białych róż…". Ja jako absolwent szóstej klasy radzieckiej "dziesięciolatki" na podstawie posiadanego świadectwa, zostałem zapisany do pierwszej klasy gimnazjum **). Rozpocząłem naukę w polskim gimnazjum, z czego byłem dumny, choć może się teraz wydawać, że nie było to nic szczególnego i że pisząc to popadam w niepotrzebny patos. Trzeba jednak zwrócić uwagą, że miał to być dopiero drugi rok mojej nauki (po ukończonej przed wojną pierwszej klasie,) w rzeczywiście polskiej szkole. Do nauki podszedłem z dużym zapałem. Okazało się, że z wielu przedmiotów takich jak: algebra, historia starożytna, biologia, a nawet język polski powtarza się w dużej części materiał, który przerabiałem w szóstej klasie. Tak naprawdę nowym przedmiotem była dla mnie tylko łacina. Zaraz na początku roku z podstawowych przedmiotów nauczyciele zrobili, jak to się dzisiaj nazywa, sprawdziany, aby zorientować się, na jakim poziomie są poszczególni uczniowie, którzy przecież trafili z różnych stron, a też z zupełnie różnych szkół. Okazało się, że uznany zostałem za ucznia, który może przejść od razu do drugiej klasy gimnazjalnej, ale kłopot polegał na tym, że nie uczyłem się nigdy łaciny, która była w programie pierwszej klasy gimnazjalnej. Tak się złożyło, że przedmiotu tego uczyła wychowawczyni klasy pani Wasylewska. Zaprowadziła mnie na rozmowę do dyrektora Słobódzkiego, któremu zaproponowała przeniesienie mnie do drugiej klasy, pod warunkiem, że uzupełnię materiał z łaciny, a równocześnie zobowiązała się, że w ciągu półrocza, indywidualnie nadrobi ze mną zaległości, przerabiając program pierwszej klasy. Oczywiście ochoczo przystałem na taką propozycję i następnego dnia byłem już uczniem klasy II c gimnazjum. Bardzo mi zaimponowała Ta niespodziewana "promocja" do następnej klasy. Wychowawczyni, p. Wasylewska zaproponowała mi też, abym przychodził do niej do domu na pierwsze lekcje łaciny, co mnie bardzo krępowało, ale przecież nie mogłem odmówić. Powiedziała mi, że do czasu, aż uzna, że nadrobiłem zaległości z pierwszej klasy, nie będzie mnie pytać, chyba że sam się zgłoszę do odpowiedzi. Przez jakiś czas, zwykle dwa razy w tygodniu, miałem u niej w domu indywidualne lekcje łaciny, a bywało, że również jakiś poczęstunek.
Jak się okazało, o czym pisałem wcześniej, próbowałem samodzielnie uczyć się łaciny jeszcze w Stanisławowie, ale były to bardzo naiwne próby w których pomijałem reguły gramatyczne. Pożytkiem z tamtej nauki pozostała mi wyłącznie znajomość kilkudziesięciu słówek, ale bez ich form gramatycznych.
Nauka w drugiej klasie gimnazjum szła mi zupełnie nieźle, tym bardziej, że w pierwszym półroczu nie byłem pytany z łaciny. Miałem bardzo dobrych i ciekawych jako osobowości - nauczycieli. Języka angielskiego uczył sam pan dyrektor Marian Kozar - Słobódzki. Lekcje prowadzone były bardzo ciekawie, ponieważ nie tylko uczył nas słówek i gramatyki, ale opowiadał o kulturze anglosaskiej, zwyczajach, tradycji, a nawet opowiadał angielskie anegdoty. Poza tym nie traktował uczniów na dystans jako pan profesor, ale miał do nas stosunek bardzo przyjacielski, chociaż nie pozbawiało go to autorytetu i nie obniżało jego wymagań. Bardzo dobrze go wspominam, tym bardziej, że zawsze był dla mnie szczególnie życzliwy. Dlaczego tak było, o czym świadczyły również inne zdarzenia, zacząłem się domyślać dopiero później. Biologii uczył mnie pan profesor Kazimierz Baudouin de Courtenay - wielki oryginał. Był to słusznej postury mężczyzna, choć chodził nieco przygarbiony, w wieku, jak teraz oceniam, około sześćdziesięciu lat, z siwymi, krótko ostrzyżonymi na grzywkę włosami. W okresie chłodów i w zimie zawsze chodził w ciemnozielonej pelerynie. Był erudytą, znał kilka języków, co często wykorzystywali uczniowie przez wciąganie go na lekcji w tematy zupełnie odmienne od biologii. W tym celu przed lekcją wymyślano pytania najczęściej związane z wydarzeniami wojennymi, historią, o czym najbardziej lubił opowiadać, a co zajmowało nieraz prawie całą lekcję biologii. Robiliśmy tak nie ze względu na niechęć do biologii, lecz przyjemność słuchania jego bardzo interesujących wykładów, również na inne tematy. Pomimo tego, że był poważany przez uczniów, nie był wolny od przypinanych mu "łatek", parodiowaniu go i typowych uczniowskich mało szkodliwych złośliwości.
Do szkoły jeździłem na własnoręcznie złożonym przez siebie rowerze, który służył mi bardzo dobrze, nawet do dużo dłuższych eskapad, między innymi do Okulic, gdzie mieszkała Stefa - córka Doszlów z mężem Bronkiem i jego rodzicami.
W szkole tworzyły się grupy kolegów i koleżanek, które wspólnie organizowali wycieczki najczęściej właśnie na rowerach do bardzo ciekawych i ładnych okolic Świdnicy, a zwłaszcza na południe od niej, w okolice Zagórza Śląskiego nad sztuczny zalew utworzony przez zaporę i do ruin zamku na górze sąsiadującej z zalewem.
Kliknij aby powiekszyć
Tama w Zagórzu Śl.
Rodziły się się przyjaźnie i pierwsze sympatie, ale również nie obywało się bez małych i większych młodzieńczych uczuciowych tragedii. Do grona moich pierwszych przyjaciół należał Marek Varisella, z którym siedziałem od początku w jednej ławce. Jego ojciec był nadleśniczym i mieli w Złotym Lesie bliska Zagórza Śląskiego pięknie położoną piętrową willę, która pełniła funkcję leśniczówki. Bywało, że tam właśnie dobrze spędzaliśmy czas, a ja byłem chętnie widziany przez jego rodziców. W zimie parę razy byłem tam u Marka na nartach, które wraz z butami pożyczała mi jego mama, bo ja własnych nie miałem. Z kolegów do moich najbliższych przyjaciół należał Wojtek Pieszczoch - prymus w klasie, a później doszedł do nas nowy uczeń, mały i drobny Witek Konewko, bardzo błyskotliwy, z którymi we trójkę tworzyliśmy najbardziej zgraną "paczkę". Chociaż przyjaźniłem się z nimi wszystkimi, jednak Marek wyraźnie odróżniał się, od nas pod tym względem głównie, dlatego, że naukę traktował bardzo ulgowo, mówiąc oględnie, w przeciwieństwie do nas.
Poza tym był chłopakiem bardzo "zabawowym", dobrze sytuowanym ze względu na pozycję zawodową ojca, a co najważniejsze, w następnym roku, zaczął jeździć samochodem "Dekawką", którą ojciec mu dawał na początku tylko czasami, a w końcu dostał ją na stałe. Oczywiście nadawało mu to niesamowitego splendoru, zwłaszcza u koleżanek, a na dodatek był przystojnym brunetem o typowo włoskiej urodzie, potwierdzonej włoskim nazwiskiem. Miał powodzenie u koleżanek, z czego w pełni korzystał. W pewnym sensie moja przyjaźń z Markiem Varisellą miała inny charakter niż z Witkiem i Wojtkiem. Bardzo interesowałem się samochodami i stosunkowo dużo miałem o nich wiadomości, a było to też hobby Marka, stanowiło więc płaszczyznę wspólnych zainteresowań. Dowodem na to był fakt, że Marek nauczył mnie jeździć na swojej "Dekawce", co było niewątpliwym wyróżnieniem dla mnie, jakiego nikt inny nie dostąpił, i wręcz zazdroszczono mi tego. Przyjaźnienie się z Witkiem Konewką i Wojtkiem Pieszczochem, miało inny charakter. Obaj uczyli się gry na skrzypcach, byli raczej humanistami. Witek był wyraźnie najzdolniejszy spośród nas i niewiele musiał poświęcać czasu na naukę, ale też chętnie pomagał innym. Był w klasie słynnym "podpowiadaczem", z którego usług można było zawsze skorzystać. Rzeczywiście umiał podpowiadać po mistrzowsku, niczym brzuchomówca. Poza tym był spryciarzem, który zawsze umiał ze wszystkich tarapatów jakoś wydostać się. Jak to się mówi zawsze spadał jak kot na cztery łapy. Od czasu, kiedy przyszedł Witek do naszej klasy zajął prymusowskie pierwsze miejsce w klasie, a Wojtek stał się vice-prymusem. Pamiętam, że wtedy przywiązywało się bardzo dużą wagę do tego. Nas trzech oprócz wspólnych wygłupów, eskapad, spacerów, łączyła również muzyka. U Wojtka w domu było pianino i trochę korzystałem z niego, a nawet czyniliśmy również wspólne próby grania z Wojtkiem, a czasem też i z Witkiem. Również w szkole wiedziano, że mamy pojęcie o graniu. Dzięki temu, ale nie pamiętam od kogo dowiedziałem się, że sowiecki wojskowy komendant towarowej stacji kolejowej w Świdnicy szuka kogoś, kto może rozpocząć dawanie lekcji gry na fortepianie swojej sześcioletniej córce. Trzeba wyjaśnić, że oprócz naczelnika stacji Polaka, w rzeczywistości naczelnikiem jej był oficer radziecki, co było konieczne z ich punktu widzenia, dla sprawnego wywożenia do ZSRR transportów maszyn, urządzeń i wszelkiego dobra poniemieckiego. Oficer ten, zdążył już sprowadzić do siebie rodzinę, z którą mieszkał w służbowym mieszkaniu na dworcu towarowym w Świdnicy. Poszedłem do niego i po stwierdzeniu, że moja skromna znajomość języka ukraińskiego, (bo był to Ukrainiec), jest wystarczająca, by porozumieć się z jego córką oraz praktycznym sprawdzeniu przy pianinie, że potrafię na nim grać, zostałem zaakceptowany jako nauczyciel muzyki. Lekcje odbywały się dwa, lub trzy razy w tygodniu. Zaczęły się od zapoznawania małej Ukrainki z nutami i klawiaturą. Na początku nauki nie miałem żadnej szkoły - podręcznika do początkowej nauki gry i do czasu, kiedy znalazłem taki, sam rysowałem nuty i pisałem pierwsze ćwiczenia. Później po kilku lekcjach zdobyłem szkołę Bayera i nauczanie szło mi łatwiej. Byłem bardzo zadowolony, że po raz pierwszy w życiu udało mi się systematycznie zarabiać tym bardziej, że płacili mi tyle ile zażyczyłem sobie, bez targowania się. Trwało to moje uczenie kilka miesięcy, do czasu wyjazdu ich ze Świdnicy
Cofnę się w swoim opisie jeszcze do jesieni 1945 r., aby przedstawić zapamiętany przeze mnie epizod, dotyczący sposobu, w jaki wtedy zdobywaliśmy jedzenie, a w tym przypadku ziemniaki i warzywa na zimę. Za warsztatami kolejowymi i działkami były pola uprawne, na których rosły ziemniaki, marchew, buraki i inne warzywa. Pola te były pilnowane przez sowieckich żołnierzy z pobliskiej jednostki wojskowej. Jesienią w porze wykopków zapędzili oni Niemców do zbierania ziemniaków za mechaniczną koparką i wykopywanie innych warzyw. Po wywiezieniu zebranych plonów okazało się, że zbiór był bardzo niedokładny, ponieważ pola były mocno zarośnięte chwastami, a Niemcy pracujący pod przymusem nie byli zbyt dokładni. W rezultacie tego, przez kilka dni, popołudniami, powtórnie wybieraliśmy motykami ziemniaki i zwoziliśmy je do swojej piwnicy. Podobnie również buraki i marchew z resztek pozostawionych po zbiorze stały się dla nas zapasem na zimę. Trzeba w tym miejscu wspomnieć, że z zaopatrzeniem w żywność nie było łatwo, ale już zaczęła działać reglamentacja i wprowadzono kartki na niektóre trudno dostępne artykuły, takie jak tłuszcze, cukier, mięso itp. W związku z normalizowaniem się życia, a tym samym wprowadzaniem pewnych formalnych zasad, okazało się, że jako niepełnoletni i niepracujący, nie mogę na przykład dostać kartek żywnościowych, które otrzymywali ludzie pracujący, zarówno dla siebie jak i również dla członków swoich rodzin, a ja przecież nie miałem żadnej rodziny. Wprawdzie miałem zaświadczenie z Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, Punktu Etapowego w Prochowie z 14 września 1945 r.
Kliknij aby powiekszyć
Zaświadczenie PUR w Prochowie.
, stwierdzającego, że jestem repatriantem, ale nie upoważniało ono do otrzymania jakichkolwiek przydziałów, bo te można było otrzymać pracując, lub będąc niepełnoletnim, jedynie jako członek rodziny osoby pracującej. Powstał więc ze mną problem, który został rozwiązany sądownie. Okazało się, że mogę być niepełnoletnim, ale posiadającym wszelkie prawa obywatelem, jeżeli będę miał opiekuna prawnego. Na wniosek Doszli, Sad Grodzki w Świdnicy w dniu 8 listopada 1945 r. postanowił, że moim opiekunem głównym jest Józef Doszla, opiekunem przydanym (tak to nazwano) Henryk Czeczker, oraz jeszcze cztery inne osoby, jako członkowie opieki, których nawet nie znałem.
Kliknij aby powiekszyć
Postanowienie Sądu Okręgowego w Świdnicy o ustanowieniu opieki.
W ten sposób nabyłem prawa do świadczeń jako osoba zrównana z prawami członka rodziny pracownika. Na tej podstawie otrzymałem nawet legitymację kolejową , uprawniającą do zniżek na przejazdy pociągami, a również Doszla dostawał czasem w pracy przydziały również dla mnie na niektóre artykuły - na przykład buty,
Kliknij aby powiekszyć
Legitymacja kolejowa czlonka rodziny.
Nauka w szkole szła mi nieźle. Przed zakończeniem roku szkolnego, zostałem wezwany do dyrektora szkoły Kozar - Słobódzkiego na rozmowę. W  rozmowie nawiązał do mojego przejścia na początku roku od razu do drugiej klasy gimnazjalnej, i pochwalił mnie, że dałem sobie radę. Delikatnie wypytał się o moją sytuację rodzinną, warunki i na koniec zaproponował mi, że dobrze byłoby dla mnie, abym od następnego roku szkolnego przeszedł do szkoły wieczorowej dla dorosłych, w której maturę będę mógł zdać w trybie przyśpieszonym, zamiast dopiero po czterech latach - w czasie o połowę krótszym. Wprawdzie nie mam odpowiedniego wieku, ale rozumiejąc moją sytuację przyjmie mnie wyjątkowo do szkoły dla dorosłych, muszę tylko postarać się o zaświadczenie, że gdzieś pracuję. Propozycja Ta była dla mnie kolejnym dowodem bardzo życzliwego zainteresowania się mną przez dyrektora szkoły i jak się miało okazać nie ostatnim.
Po wakacjach, kiedy zgłosiłem się do sekretariatu szkoły, oczywiście zdecydowany, aby skorzystać z propozycji i rady dyrektora, żona jego, która pracowała jako sekretarka od razu zapytała mnie o moją decyzję w tej sprawie. Musiała zatem, przedstawiona mi przed wakacjami propozycja być wcześniej z nią rozważaną. Zakomunikowałem, że skorzystam z radością z tej możliwości, tylko nie mam jeszcze świadectwa pracy. Pomimo tego zostałem zaraz zapisany do szkoły wieczorowej. Pani Słobódzka powiedziała mi, że w porozumieniu z mężem chce mi reż zaproponować bezpłatne korzystanie w ciągu roku szkolnego z obiadów i kolacji w stołówce, która była prowadzona przy internacie dziennej szkoły w tym samym budynku. Był to następny dowód szczególnego zainteresowania się mną ze strony dyrektora Słobódzkiego i chęci udzielenie mi pomocy. Pomoc Ta była dla mnie bardzo istotna, ponieważ zawsze się starałem jak najmniej obciążać swoimi potrzebami Doszlów, którym i tak bardzo dużo zawdzięczałem. Oczywiście, z dużą wdzięcznością serdecznie podziękowałem za życzliwość dla mnie. Wiele razy wtedy rozmyślałem o tym co, dla mnie czynili, chciałem zrozumieć ich motywy, bo aż takie zaangażowanie się w pomoc dla mnie nie było rzeczą zwyczajną nawet uwzględniając często wówczas spotykaną solidarność i bezinteresowność wielu ludzi. Poza tym ich postępowanie było bardzo taktowne, a propozycje pomocy były przedstawiane w taki sposób, aby przyjęcie ich nie było krępujące. Mogę się wyłącznie domyślać, że oprócz niewątpliwie szlachetnych intencji jakimi się kierowali, być może dodatkowo miało znaczenie coś jeszcze. Nasuwała mi się myśl, że legionista Kozar - Słobódzki mógł znać legionistę Mariana Jedryka, chociaż nie chciał mi o tym powiedzieć, być może przez delikatność, lub też z innych powodów. W każdym razie do dzisiaj jego i jego żonę bardzo wdzięcznie wspominam.
Od nowego roku szkolnego 1946/47 zacząłem chodzić jako "dorosły" do szkoły wieczorowej, w której w jednym roku przerabiało się dwie klasy. Wprawdzie na początku roku szkolnego nie miałem potwierdzenia, że pracuję, ale zdobyłem je nieco później od kolegi z klasy, którego siostra prowadziła w Świdnicy małą knajpkę i zgodziła się wydać mi zupełnie bezinteresownie potrzebne zaświadczenie.

Objaśnienia przypisów:
*) w tym czasie wszystkie ważniejsze szlaki kolejowe wschód - zachód, były już przebudowane na szerokotorowe, takie jak w ZSRR.
**) w owym czasie obowiązywał przedwojenny system, w którym po szóstej klasie szkoły powszechnej, szło się do czteroletniego gimnazjum i dwuletniego liceum - różnych typów.

<- Strona 7
Strona 9 ->
Bronisław Jędryk
1375696 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku


WWW stanislawow.net