Zakończenie wojny i przygotowania do opuszczenia Stanisławowa
W miarę upływu czasu, coraz więcej Polaków zdawało sobie sprawę, że trzeba zdecydować się na wyjazd do Polski, tym bardziej, że znane były już wyniki konferencji Wielkich Mocarstw w Jałcie, która odbyła się w lutym 1945 roku. W propagandzie na rzecz wyjazdu Polaków do Polski w nowych granicach, używano właśnie jako argumentu decyzji, jakie tam zapadły w sprawie granic. W tej sytuacji, również Doszlowie doszli do wniosku, że trzeba się poddać i zarejestrować na wyjazd.
Karta ewakuacyjna
Od razu obiecali mi, że i mnie nie zostawią i wezmą ze sobą jako członka rodziny. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że może to okazać się trudne, ponieważ niczym nie byłoby możliwe udowodnienie mojego pokrewieństwa. Okazało się na moje szczęście, że i wówczas chyba czuwała nade mną Opatrzność, podobnie jak wtedy, po aresztowaniu ojca, kiedy władze sowieckie nie pomyślały, aby zaopiekować się mną i zapewnić mi miejsce w domu dziecka. W kwietniu 1945 roku, Doszlowie otrzymali Kartę Ewakuacyjną, do której zostałem wpisany jako wychowanek. Jak udało się to tak szczęśliwie dla mnie załatwić, naprawdę nie wiem. Wyjazd był przewidziany na lipiec bądź sierpień.
Do tego czasu miało miejsce jeszcze kilka znaczących wydarzeń. Krótko przed zakończeniem roku szkolnego, 9 maja 1945 roku nastąpiło zakończenie wojny. Zapamiętałem ten bardzo ciepły i słoneczny dzień, który zaczął się poranną strzelaniną na wiwat, obwieszczającą zakończenie wojny. Po przyjściu tego dnia do szkoły, oczywiście zajęć nie było. Zaprowadzono wszystkich uczniów na plac obok poczty głównej, niedaleko szkoły, gdzie odbył się jak pamiętam, bardzo długi wiec z przemówieniami, przerywanymi salwami karabinowymi oddawanymi w powietrze.
W związku z mającym nastąpić wyjazdem, Stefa i Bronek postanowili pobrać się jeszcze w Stanisławowie. Być może decyzja Ta była nawet podyktowana jakimiś przyczynami praktycznymi związanymi z tym wyjazdem. Ślub i wesele były nader skromne, bo inne być nie mogły w tamtych warunkach. Muszę w tym miejscu wspomnieć o czymś co się wtedy wydarzyło, a miało poniekąd związek zarówno ze ślubem Stefy, jak i przygotowaniami do wyjazdu. Doszlowie mieli z frontu domu ogródek, w którym rosły w szpalerach pieczołowicie pielęgnowane winogrona, podobnie jak w wielu innych takich ogródkach. Uprawianie winogron było dla nich swoistym, jak byśmy to dzisiaj określili - hobby, podobnie jak dla innych w tym również i dla mojego dziadka, o czym wcześniej pisałem. Winogrona były głównie, poza bezpośrednim spożywaniem, wykorzystywane do robienia wina. Istniało nawet coś, co można by określić, jako lokalne współzawodniczenie w tym, kto robi lepsze wina. Doszla "nastawiał" wino każdego roku, ale w piwnicy przechowywał szklane gąsiory ze specjalnie zrobionym, jeszcze kilka lat przed wojną winem, przeznaczonym na wesela swoich córek. Jeden z tych gąsiorów, który jeszcze pozostał po weselu Stefy z Bronkiem, był w pierwotnym zamyśle przeznaczony na ślub starszej córki Cesi, Doszla jednak w obliczu zadecydowanego już wyjazdu ze Stanisławowa, postanowił sprzedać je jako wino mszalne, które musiało odpowiadać jednak określonym warunkom. Została pobrana próbka wina, którą pozytywnie ocenił ksiądz z kościoła greko-katolickiego i doszło do zawarcia transakcji. Przed przyjazdem księdza po wino, Doszla zawołał mnie, bym mu pomógł wynieść z piwnicy gąsior, który stał tam w wiklinowym koszu od kilku lat. i stało się nieszczęście! W trakcie wynoszenia po schodach kosza z winem, w pewnym momencie w mojej ręce pozostało ucho od kosza, a kosz z gąsiorem uderzył dnem o stopień schodów i polała się struga wina, od której rozniósł się miły aromat dobrego trunku. Okazało się, że kosz był na tyle zbutwiały, że ucho nie wytrzymało ciężaru. Choć Doszla nie miał do mnie pretensji i ja nie czułem się winny tej straty, było mi bardzo nieswojo. Doszlowa natomiast narobiła ogromnego wrzasku na Doszlę i na mnie, że zrobiliśmy szkodę. Doszla zdawał sobie sprawę, że to on jest winien, bo nie przewidział, co może się wydarzyć. a była to na prawdę duża strata, głównie materialna, ale też, i dlatego, że zmarnowało się tak szczególnie wartościowe wino przeznaczone przecież w pierwotnej wersji na ślub wyróżnianej przez Doszlę córki. Może przez to wino, które się zmarnowało, a miało być wypite na jej weselu, Cesia nigdy nie wyszła za mąż?
Do wyjazdu i ja czyniłem pewne przygotowania po skończeniu szóstej klasy szkoły dziesięcioletniej. Ponieważ ja i moi koledzy spodziewaliśmy się, że pójdziemy w Polsce do szkoły średniej, gdzie będzie łacina, dostałem od Stefy, która już przed wojną chodziła do gimnazjum w którym był ten przedmiot, książkę "Puer Latina" i zaczęliśmy pilnie uczyć się go we własnym zakresie. Polegała to na wkuwaniu słówek i tłumaczeniu pierwszych czytanek, bez uwzględniania zasad gramatyki. Szło nam to bardzo dobrze, tylko później okazało się, że sens tłumaczenia jest rzadko zgodny z treścią czytanki. Objawiło się to wtedy, gdy łaciny zacząłem uczyć się już naprawdę - w gimnazjum. W miarę upływu czasu, i przybliżającego się terminu wyjazdu, w którym mieliśmy opuścić Stanisławów, było czynionych coraz więcej przygotowań oraz wyczekiwano na wszelkie wiadomości od tych, którzy wyjechali wcześniej. Kolejne transporty kolejowe w chwili wyjazdu nie miały określonego miejsca, dokąd będą skierowane - wyjeżdżały w nieznane, a podróż trwała, jak się słyszało nawet dwa tygodnie, które trzeba było spędzić w towarowych wagonach wraz z całym dobytkiem, jaki można było zabrać ze sobą, a były to rzeczy osobiste, sprzęty domowe oprócz mebli i zapasy żywności, których nie było wiele u większości repatriantów. Rolnicy mogli też zabrać ze sobą do wagonu zwierzęta hodowlane, oczywiście w ograniczonej ilości, na przykład jedną krowę. Jak się okazało, że Doszlowie i rodzice Bronka, już męża Stefy, mieszkający na wsi w Mariampolu, porozumiały się, aby wyjechać razem ze Stanisławowa w jednym wagonie. Trzeba wyjaśnić, że w każdym wagonie towarowym było lokowanych kilka rodzin, w zależności od wielkości wagonu i ilości ludzi.
Tuż przed terminem wyjazdu, w sierpniu 1945 roku, ściągneli do Stanisławowa do Doszlów - rodzice Bronka z całym swoim dobytkiem między innymi z krową i kozą oraz sporym zapasem żywności - workami mąki, kasz, słoniną. Zaczęło się też pakowanie i zastanawianie się jak do tego najpraktyczniej podejść i co zabrać. Kiedy nadszedł dzień naszego wyjazdu i były podstawione już na dworcu wagony, przyszła do nas do domu rosyjska rodzina z dokumentami upoważniającymi ich do zamieszkania w domu Doszlów, aby oglądnąć dom, a była szczególnie zainteresowana tym czy nie zabieramy ze sobą mebli, których jak pisałem zabierać nie było wolno. Ale Doszla i tak postanowił wywieźć przynajmniej sześć, bardzo ładnych dębowych miękkich krzeseł, pokrytych skórą, które tuż przed wojną dał zrobić na zamówienie i których było mu najbardziej żal zostawić, jak mówił - "kacapom". Po dwa takie krzesła związane razem, obszył chodnikami i nie było widać, że są to meble. Przed wywiezieniem dobytku na dworzec, Doszla poszedł tam i jako kolejarz, bo pracował w warsztatach kolejowych, zdołał załatwić, że przydzielono nam wagon większy od przysługującego na taką ilość osób, a było nas i tak sporo, bo: dwoje Doszlów z córką Cesią, rodzice Bronka, Stefa z Bronkiem i ja, tak więc razem nas było osiem osób oraz dwa zwierzaki. Wagon tak był załadowany, aby każdy z "pasażerów" mógł nie tylko siedzieć, ale położyć się i trochę przespać. Zwierzęta ulokowano w drugim końcu wagonu, tak, aby w czasie jazdy pociągu jak najmniej było je czuć. Najmniej ja miałem bagaży, ale jakieś małe skrzynki i pakunki z tym co się uratować dało miałem ze sobą. i tak wyruszyliśmy z rodzinnych stron w nieznane na Zachód do nowej Polski, na tak zwane Ziemie Odzyskane.