MOJE DZIEJE

BRONISŁAW JĘDRYK

CZĘŚĆ I LATA MŁODOŚCI

Strona 5

Zbliżanie się frontu do Stanisławowa.
W lecie 1944 r. do Stanisławowa zbliżał się front. Oznaki tego, niezależnie od wiarygodnych wiadomości pochodzących z nasłuchu Londynu w naszym domu, podającego aktualną sytuację na froncie wschodnim, były bardzo wyraźne. Coraz częściej przewalały się przez miasto oddziały wojsk niemieckich jadących na wschód - na front, ale i też widziało się grupy żołnierzy wycofywanych z  frontu. Łatwo było ich rozpoznać nie tylko po tym, że przemieszczali się w odwrotnym kierunku - na zachód, ale zwłaszcza po ich wyglądzie. Bardzo różnili się od ich "kamratów" jadących na front. Gdyby nie to, że byli to znienawidzeni wrogowie - Niemcy, którzy tak bezwzględnie postępowali z miejscową ludnością, a zwłaszcza z Polakami - w pełni zasługiwaliby na współczucie. Byli brudni, zabiedzeni, zarośnięci w mocno sfatygowanych mundurach. Wielu z nich miało zabandażowane głowy, ręce, nogi. Wiedziało się z ustnych przekazów ludzi, że szpitale były pełne rannych, a na torach dworca kolejowego, blisko którego mieszkaliśmy, stale było kilka pociągów z emblematami Czerwonego Krzyża.
Wśród wojsk, które wycofywały się z frontu, były również grupki i małe oddziały Węgrów, którzy byli w podobnie opłakanym stanie jak Niemcy, lecz w przeciwieństwie do nich cieszyli się współczuciem i  skromną pomocą jakiej mogli im udzielać Polacy, dobrze pamiętający "okupację" węgierską, która w Stanisławowie trwała kilka miesięcy po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej , o czym wcześniej pisałem.
W tym czasie Niemcy zakwaterowali w prywatnych mieszkaniach w rejonie w którym mieszkaliśmy, żołnierzy wysyłanych na front, być może na krótki odpoczynek, bądź też z innego tylko im znanego powodu. W naszym domu u p. Doszlów zarekwirowali jeden pokój i zamieszkali w nim jeden feldfebel i dwóch szeregowców z jednostki SS. Szeregowcy byli młodymi chłopakami poniżej 20 lat. Jeden z nich był ze Śląska i pamiętam, że nazywał się Wanke. Zapamiętałem go lepiej może dlatego, że mówił po polsku, ale tylko jak nie było przy tym sierżanta, który był dla podwładnych szeregowców katem i bardzo go się bali, a równocześnie nienawidzili. W tym czasie, coraz bardziej zbliżał się od wschodu front i zaczęły się w związku z tym naloty na jego bezpośrednie zaplecze, do którego się już zaliczał Stanisławów. Były to nękające nocne naloty "kukuruźników", które wbrew pozorom były bardzo dokuczliwe i skuteczne. Były to naloty powtarzające się dwa razy każdej nocy, regularnie prawie o tych samych godzinach - przed północą i nad ranem. Zrzucały one nieduże bomby burzące i zapalające, ale robiły to dosyć celnie, ponieważ wzbijały się na większą wysokość i ze zgaszonym silnikiem obniżały swój lot szybując nad celem, na który zrzucały swoje bomby, być może nawet ręcznie,. Wiadomo było na podstawie zdobytych już doświadczeń, że jeżeli przestało się słyszeć silnik "kukuruźnika" , to zaraz usłyszy się wybuch. Żołnierze SS po przekonaniu się o regularności nalotów, nie kładli się spać przed pierwszym wieczornym nalotem, bo jak mówili: gleich Iwan kommt 3)
Oczekując spodziewanego "Iwana", kolację mocno zakrapiali wódką, której im nie brakowało, dodając sobie animuszu przed nalotem. i wtedy mieszkający u Doszlów feldfebel wyżywał się na swoich podwładnych, urządzając "konkursy" w ilości przysiadów, lub "żabek", polegające na tym, który więcej ich wytrzyma. Wspomniany już Ślązak Wanke powiedział kiedyś Doszlom na osobności, po zakrapianej dla kurażu kolacji, że jak znajdą się już na froncie to pierwszy nabój przeznaczy dla znienawidzonego feldfebla, bo na froncie różnie kule latają.
Jeden z takich nocnych nalotów pamiętam najbardziej, ponieważ samoloty zrzucały zapalające bomby fosforowe. Miały one kształt blaszanej rury zakończonej szczelnymi deklami, wypełnionej oleistą substancją zapalającą na bazie fosforu. Mogę tak szczegółowo opisać te bomby, bo właśnie tej nocy bomba taka spadła na chodnik przy domu dziadka naprzeciwko domu Doszlów. Rozbiła się na chodniku, a substancja zapalająca rozlała się na nim i opryskała ścianę domu, dając zielonkawą fosforyzującą poświatę. Nic się nie zapaliło, ponieważ substancja zapalająca nie zetknęła się z żadnym materiałem palnym. Po nalocie essesmani mieszkający w drugim domu u sąsiadów, którzy zbyt wiele wypili, wyszli na ulicę oglądnąć miejsce gdzie spadła bomba, jakiej pewnie jeszcze nigdy nie widzieli. Jeden z nich nadepnął na odprysk fosforu, i momentalnie zaczęły się palić na nim buty i spodnie. Jego 'kamraci" ledwo go ugasili. Ludzie, którzy mieli już do czynienia z tymi bombami wiedzieli, że zneutralizować fosfor można przez zasypanie piaskiem, a po jakimś czasie przestaje być groźny. W tym czasie, być może następnej nocy, podobny nalot i bombardowanie bombami zapalającymi przyniósł tragiczne dla Niemców skutki. Na dworcu kolejowym, od którego mieszkaliśmy w odległości nie większej niż 500 m, stały pociągi z rannymi żołnierzami transportowanymi na tyły, do szpitali. Samoloty zbombardowały dworzec kolejowy i zapaliły stojące tam pociągi z rannymi. Do naszego domu docierały wrzaski i jęki palących się żywcem rannych, a później sygnały karetek i samochodów gaszących pożary i palące się wagony z ludźmi. Była to noc grozy, którą można zapamiętać na zawsze.
Po jakimś czasie kwaterujący essesmani wysłani zostali na front. Naloty przez pewien czas jeszcze trwały, a w czasie jednego z nich został trafiony bombą stojący na torach towarowych dworca, zupełnie blisko naszego domu, pociąg wypełniony amunicją i  różnymi materiałami wybuchowymi. W wyniku wybuchów, drobniejsza amunicja była rozrzucana przez nie po całej okolicy w promieniu kilkuset metrów i spadała wszędzie jak grad. Następnego dnia poszliśmy oglądnąć miejsce gdzie stał zbombardowany pociąg z materiałami wybuchowymi. Były tam leje, poskręcane konstrukcje wagonów i mnóstwo różnorodnego porozrzucanego w najbliższej okolicy sprzętu wojskowego. Wtedy pierwszy raz zobaczyliśmy tam miniaturowe czołgi, jak zabawki. Miały one nieco ponad metr długości i wyglądały jak prawdziwe, ale nie miały działa. Wszyscy dziwili się, do czego mogą Niemcom służyć. Później okazało się, że  są to tak zwane "Goliathy", wypełnione materiałami wybuchowymi, które Niemcy używali do wysadzania różnych umocnień. Miały one małe silniki spalinowe (od motorowerów "Sachs"), były nakierowywane na odpowiedni obiekt, a z tyłu rozwijała się z bębna stalowa linka przez którą impuls elektryczny detonował w odpowiednim momencie ładunek wybuchowy. Po raz pierwszy dowiedzieliśmy się, do czego one służą z nasłuchu radia BBC z Londynu, które podało, że Niemcy zastosowali nową broń, owe "Goliathy" do rozbijania powstańczych barykad i gniazd oporu. Ciekawostką jest, że "Goliathy" były produkowane w Szczecinie w fabryce samochodów "Stoewer", obecnym "Polmo", o czym dowiedziałem się dopiero teraz. Opisywane naloty skończyły się tuż przed zbliżeniem się frontu do samego Stanisławowa, kiedy zaczął się jego ostrzał artyleryjski prowadzony ze Wzgórz Wołczynieckich. Ostrzał artyleryjski dawał też się mocno we znaki mieszkańcom, ponieważ nie był tak regularny i punktualny jak niedawne bombardowania. Pociski wybuchały w różnych miejscach, w różnym czasie i trudno było przewidzieć gdzie się można przed nimi schronić. Sam tego doświadczyłem. W czasie większego nasilenia ostrzału uciekało się do piwnic. My chroniliśmy się w piwnicy piętrowego domu państwa Myszków, do którego przechodziło się przez ogród. W czasie przerwy w ostrzale poszedłem sam do domu, aby zrobić coś do zjedzenia. Miała to być jajecznica. Za chwilę miał przyjść ojciec, bo coś go zatrzymało w budynku gdzie się schroniliśmy po przyjściu do domu zacząłem przygotowywać jajecznicę. Muszę wyjaśnić, że na przeciwka okna w kuchni wychodzącego na ogród z tyłu domu były drzwi do pokoju. Po rozpaleniu w kuchni, wbiłem już drogocenne, bo z trudem zdobyte jajka na patelnię i wszedłem po coś do pokoju. W tym momencie, tuż po zamknięciu drzwi od pokoju, rozległ się bardzo bliski wybuch. Otworzyłem drzwi z pokoju do kuchni, a tam dym i wszystko posypane odłamkami szkła i ziemią. Okazało się, że pocisk rozerwał się kilka kroków od kuchennego okna w ogrodzie. Oczywiście jajecznicy nie było, ale największe szczęście, że ja akurat na moment przed wybuchem wszedłem do pokoju i to, że ojciec nie śpieszył się z powrotem do domu, bo mógł być akurat w kuchni, lub, co gorzej w drodze do domu w pobliżu, lub nawet w miejscu, gdzie spadł pocisk.
W tych dniach, w których byliśmy pod obstrzałem artyleryjskim, a front był, coraz bliżej, jednej nocy nasiliła się kanonada i inaczej było ją słychać. Nie było oczywiście mowy o spaniu i skrywający się przed nią okoliczni mieszkańcy byli pewni, że front już znalazł się w Stanisławowie i trwają walki uliczne. Następnego dnia okazało się jednak, że to tylko zagon czołgów sowieckich wjechał od strony dzielnicy Majzle do miasta. Było to kilkanaście czołgów, z których kilka dotarło nawet do śródmieścia. Większość z nich została rozbita przez Niemców i następnego dnia poszliśmy je oglądać. Podobno czołgiści, jak głosiła plotka, byli pijani i nie znali miasta. Wkrótce, prawdopodobnie było to 27 lipca 1944 roku przed wieczorem, zobaczyliśmy "czerwonoarmiejców" wkraczających do miasta, przy bardzo słabym oporze Niemców i jakiejś małej jednostki węgierskiej. Ja zobaczyłem ich z dachu domu państwa Myszków, który był przy ulicy Dąbrowskiego. Po drugiej stronie tej ulicy był zadrzewiony skwer Żwirki i Wigury, a żołnierze sowieccy biegli środkiem ulicy z wesołymi okrzykami na ustach i trzymając do góry w ręce pepesze pruli całymi seriami w powietrze. Zachowywali się tak odważnie, że nie zwracali uwagi na ten skwer, w którym były wykopane rowy strzeleckie, na szczęście dla nich nie obsadzone żołnierzami. Następnego dnia był już zupełny spokój i wyszliśmy z ojcem obejrzeć miasto. Zniszczeń będących skutkiem słabych walk wiele nie widzieliśmy, poza kilkoma trupami niemieckich i węgierskich żołnierzy. Nie pamiętam natomiast, abyśmy spotkali trupy żołnierzy sowieckich. W ten sposób odbyło się wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. Wyzwolenie to na tamtych terenach Polski od razu rodziło szereg zasadniczych pytań i dylematów, a jednym z podstawowych było jak odnosić się do wyzwolicieli mając świeżo w pamięci niedawne wspomnienia z pierwszej okupacji z lat 1939 - 1941 i wywózek Polaków na przysłowiowy Sybir, wiedząc o Katyniu i obawiając się niekorzystnych ostatecznych rozstrzygnięć międzynarodowych dotyczących tamtych rodzinnych ziem, o których "wyzwoliciele" zawsze mówili, że jest to Zachodnia Ukraina przyłączona do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej.

Objaśnienia przypisów:
1) Zaraz Iwan przybędzie

<- Strona 4
Strona 6 ->
Bronisław Jędryk
1375704 odwiedziny od 5 stycznia 2004 roku


WWW stanislawow.net