MOJE DZIEJE

BRONISŁAW JĘDRYK

CZĘŚĆ I LATA MŁODOŚCI

Strona 4

Wyjazd i pobyt w Tarnowie
Pod koniec lata 1942 r., ojciec kilka razy na krótko wyjeżdżał do Tarnowa i Krakowa. Przypuszczam, że wyjazdy te wiązały się z działalnością konspiracyjną, co dopiero dużo później sobie skojarzyłem. Ale też w wyniku tych podróży ojciec podjął pracę w firmie E. Meinl w Tarnowie jako kierownik zakładu fotograficznego. Niemiecka firma E. Meinl posiadała duże, na ówczesne czasy sklepy spożywcze i zakłady usługowe w Niemczech, a zaczęła rozszerzać swoją działalność na terenie Generalnego Gubernatorstwa. W związku z podjęciem pracy w Tarnowie, ojciec wynajął pokój w tym mieście u państwa Szumskich przy ulicy Pańskiej. Pan Szumski był emerytowanym inspektorem szkolnym. Zamieszkaliśmy u nich, a ojciec rozpoczął pracę w zakładzie fotograficznym przy ulicy Krakowskiej - głównej ulicy Tarnowa. Ja od września poszedłem do szkoły, do czwartej klasy. Niestety nie pamiętam, przy jakiej była ulicy. Bardzo dobrze pamiętam natomiast budzącego respekt swoim wyglądem i zachowaniem p. Szumskiego, dla którego miałem prawdziwy szacunek. Ojciec pracował do wieczora, a on starał się opiekować mną, interesował się moimi lekcjami, wychodził ze mną na spacery i zwiedzanie miasta, którego nie znałem. W zachowanym do dzisiaj pamiętniku, mam wpis p. Szumskiego z 30 października 1942 r. , o pouczającej i prawdziwie pedagogicznej treści.
Kliknij aby powiekszyć
Wpis do mojego pamiętnika J. Szumskiego
Kliknij aby powiekszyć
Ja przy fortepianie w Tarnowie
Korzystałem też z  fortepianu, który był u gospodarzy, gdzie trochę ćwiczyłem zwłaszcza pod presją ojca, chociaż lekcji muzyki w Tarnowie nie pobierałem. Prawie do czasu samego wyjazdu ze Stanisławowa, pomimo wszelkich trudności i dzięki nawet wyrzeczeniom, ojciec dbał, abym się uczył grać na akordeonie i fortepianie. Nie byłem zbytnio pilny w ćwiczeniu, zwłaszcza nudnych gam i palcówek zadawanych przez mojego nauczyciela p. Dennefelda.
Kliknij aby powiekszyć
Ja w czasie lekcji z p. Denenfeldem
"Maltretował" mnie swoimi wymaganiami przez całe lata, bo od 1938 r., ale skutek tego był, ponieważ nabyte przeze mnie umiejętności przydały się w sposób zupełnie nieoczekiwany i niecodzienny parę lat później. W zachowanym pamiętniku mam też i jego wpis z  5 grudnia 1938 r., a dziwnym zbiegiem okoliczności treść dedykacji jest identyczna z wpisaną przez p. Szumskiego w Tarnowie cztery lata później. Widocznie tekst ten był znany i popularny wśród pedagogów w owym czasie i wpisywali te same mentorskie wierszyki wszystkim uczniom do modnych wtedy pamiętników.
Kliknij aby powiekszyć
Wpis do mojego pamiętnika r. Denenfelda
W marcu 1943 r. ojciec zrezygnował z dalszego pobytu w Tarnowie. Motywów tej decyzji nie znałem, lub ich nie pamiętam. Pamiętam natomiast, co się wydarzyło przy wyjeździe z Tarnowa do Stanisławowa, bo też trudno byłoby tego nie pamiętać. Podczas oczekiwania w wagonie na odjazd pociągu na dworcu w Tarnowie, weszło do przedziału dwóch gestapowców, ubranych, co dokładnie pamiętam, po cywilnemu, ale w charakterystycznych dla nich skórzanych płaszczach i tyrolskich kapeluszach. Wylegitymowali ojca i kazali wysiąść. Zabrali nas z bagażami do siedziby Gestapo przy ulicy Urszulańskiej. Pojechaliśmy tam dorożką z przed dworca kolejowego, a za przejazd kazali zapłacić ojcu. W Gestapo przeprowadzili osobistą rewizję i dokładnie zrewidowali bagaże. Mnie zaprowadzili do małej wąskiej celi w piwnicy, której dokładny wygląd mogę przywołać w pamięci do dzisiaj. Pobyt w niej przez jakiś czas, mogły to być dwie, lub trzy godziny, wydawał się o wiele dłuższy, była to dla mnie prawie wieczność. Wydawało mi się, że czekam w niej na coś najgorszego, co może mnie spotkać. Pobyt w Gestapo był jednym z najostrzej zaznaczonych w mojej pamięci zdarzeń. Cały czas pobytu w celi miałem świadomość, że z Gestapo nie często wychodzi się, pamiętałem o losie mamy. Nie wiedziałem co się dzieje w tym czasie z ojcem i co nas czeka. Były to naprawdę tragiczne chwile. Pisząc dzisiaj o tym ma się wiedzę, czym była okupacja niemiecka, jak brutalnie, bezwzględnie, a często perfidnie postępował okupant. Wtedy, jak na 12 letniego chłopca wiele wiedziałem o panujących warunkach, ale nikt, być może poza nielicznymi, nie miał pełniejszej wiedzy o tym, co się rzeczywiście dzieje. Wiadomości o terrorze okupanta pochodziły głównie z jednostkowych indywidualnych, zwykle ustnie przekazywanych informacji, od osób dotkniętych prześladowaniami, lub ich rodzin oraz znajomych, względnie z własnych doświadczeń i obserwacji. Prawdopodobnie w tym czasie, jak się teraz domyślam, docierały dopiero pierwsze doniesienia o obozach koncentracyjnych, lecz na pewno nie były to wiadomości w pełni oddające to, co się w nich działo i prawdziwie opisujące panujące w nich warunki, masowe egzekucje i tortury zadawane więźniom. Więcej się wiedziało o nieludzkim traktowaniu i mordowaniu Żydów, bo tego w zasadzie Niemcy nie byli w stanie ukryć. Nie było możliwości utajnienia prowadzonych na taką skalę prześladowań i eksterminacji. Okupant informował też oficjalnie poprzez obwieszczenia o egzekucjach zakładników, ludzi ukrywających Żydów i innych, nie przestrzegających drakońskich zarządzeń władz, co było zagrożone karą śmierci. Rzecz jasna miało to na celu zastraszenie i zniechęcenie do jakiegokolwiek stawiania oporu okupantowi.
Mój pobyt w celi, zakończył się wejściem strażnika, który wyprowadził mnie do wyjścia, gdzie czekał na mnie ojciec z bagażami. Z wielką ulgą i radością zorientowałem się, że wychodzimy na wolność.
Z Gestapo wróciliśmy do tarnowskiego mieszkania, aby odczekać do odjazdu następnego pociągu. Dowiedziałem się od ojca, że posądzili nas, że jesteśmy Żydami. Całe to wydarzenie według domysłów ojca miało zupełnie inne podłoże. Od pewnego czasu zauważył, że jest szczególnie obserwowany przez jedną pracownicę zakładu, w którym pracował. W związku z tym zaczął podejrzewać ją o współpracę z Gestapo. Zorientował się, że jest śledzony na ulicy po wyjściu z pracy w drodze do domu. Na podstawie tych spostrzeżeń ojciec uznał, że aresztowanie na dworcu przy wyjeździe z Tarnowa, faktycznie miało na celu stworzenie dobrej okazji do przeprowadzenia szczegółowej rewizji osobistej i bagażu w poszukiwaniu czegoś, co miałoby ujawnić nielegalną konspiracyjną działalność ojca. Najlepszą okazją właśnie był nasz wyjazd z Tarnowa, a posądzenie o to, że jesteśmy Żydami był tylko pretekstem. o tych swoich domysłach ojciec powiedział mi po powrocie do mieszkania w Tarnowie. Wypływały one na pewno z przeanalizowania pobytu naszego w Gestapo, a w tym ze sposobu i skrupulatności przeprowadzanej rewizji.
Analizując dzisiaj całe to zdarzenie, można byłoby uznać, że dla przeprowadzenia rewizji nie musieli się uciekać gestapowcy do stwarzania pretekstów w postaci wymyślnych posądzeń, ponieważ rewizje na ulicach czy też dworcach były na porządku dziennym i nie tłumaczyli się rzecz oczywista nikomu z powodów ich przeprowadzenia. W przypadku ojca natomiast, jeżeli mieli go "na oku", podejrzewając o jakąś zorganizowaną działalność i powiązania z konspiracją, mogło im zależeć na bardzo dokładnej rewizji, ale przeprowadzonej w sposób ukrywający jej cel, tak, aby nie ujawnić swoich podejrzeń, zwłaszcza w przypadku negatywnego dla nich wyniku tej operacji. W domu podczas porządkowania rzeczy pośpiesznie spakowanych po rewizji w Gestapo, ojciec spostrzegł, że nie ma wśród nich latarki, o tyle szczególnej, że była ona zasilana nie baterią, a małym żelazo-niklowym, zasadowym akumulatorkiem. Była w tym czasie zupełną nowością, bardzo praktyczna i przydatna w tamtych warunkach, kiedy często bywał wyłączany prąd i obowiązywało zaciemnienie. Ojciec zdecydował się pójść ponownie do Gestapo po "zapomnianą" latarkę. Wyprosiłem ojca, aby mnie zabrał ze sobą. Poszliśmy razem, ale do budynku Gestapo ojciec wszedł sam, a ja w pewnej odległości czekałem na ulicy. Po pewnym czasie zobaczyłem ojca, wychodzącego z budynku i trzymającego w ręce ową rzekomo "zapomnianą" latarkę. Tak naprawdę nie potrafię dzisiaj znaleźć racjonalnego uzasadnienia, ani też w żaden sposób ocenić, dlaczego ojciec odważył się pójść do Gestapo i upomnieć się o zwrot latarki. Czy była to swoista brawura, czy też celowe zademonstrowanie przed Niemcami, że się ich nie boi, bo nie ma nic na sumieniu. Naprawdę trudno mi to teraz realnie ocenić.
Podzielenie się przez ojca ze mną swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami, które były analizą całego zdarzenia i wynikającymi z tego wnioskami, było dla mnie bardzo znaczącym dowodem poważnego traktowania mnie przez ojca. Po częściowym ochłonięciu z emocji, jakie w ostatnich godzinach przeżyliśmy z ojcem, zrozumiałem, że zostałem mimo woli uświadomiony o zaangażowaniu ojca w działalność przeciwko Niemcom. Był to kolejny stopień wtajemniczania się, w sprawy konspiracyjnej działalności ojca.
Do Stanisławowa pojechaliśmy następnym pociągiem i podróż odbyła się już bez przeszkód.
po powrocie do Stanisławowa
Z powrotu do Stanisławowa byłem, jak pamiętam, ucieszony, ponieważ wszystko było tu swoje, własne mieszkanie, a nie sublokatorski pokój w Tarnowie, znajome ulice, koledzy. W Tarnowie przez tych kilka miesięcy czułem się zawsze nieswojo, a nawet szkoła, do której chodziłem i koledzy z niej wydawali się mi bardzo obcy. Mówiąc dzisiejszym językiem nie mogłem się tam zaaklimatyzować.
Ojciec tak jak przed wyjazdem do Tarnowa, dostawał do wykonania różne prace w swoim zawodzie. Bywało, że ja razem z ojcem, w charakterze jego pomocnika, jeździliśmy do niemieckich jednostek wojskowych, gdzie były seryjnie robione zdjęcia legitymacyjne. Raz nawet byłem z ojcem w siedzibie jakiegoś niemieckiego generała, który chciał widocznie mieć profesjonalnie zrobione zdjęcia przedstawiające go w trakcie pełnienia obowiązków w swojej kwaterze.
Nie były to jedyne zajęcia ojca. Coraz częściej i mniej skrywając to przede mną, uczestniczył w pracy konspiracyjnej. W tym czasie bardzo często przebywał u nas w domu, a również nocował, serdeczny przyjaciel ojca z dawnych lat - Józef Lewiński 3). Był on ze swoim bratem Karolem właścicielem młyna w Mariampolu, niedaleko Stanisławowa. Założyli tam też na nasłonecznionych tarasach na brzegu Dniestru plantacje winogron. Józef Lewiński był żonaty, miał syna, ale żył w separacji z żoną. Brat jego - Karol miał w tym czasie dorosłego już syna Bronisława i córkę Zofię. Opisuję te koligacje w tym miejscu, ponieważ osoby te, a zwłaszcza syn Karola - Bronisław Lewiński odegrał poważną rolę w wydarzeniach, które później nastąpiły.
Jak się okazało, ożywienie kontaktów ojca z przyjacielem Lewinskim, było związane z coraz większym udziałem ojca w pracy konspiracyjnej w Armii Krajowej. Lewiński musiał być wtedy bardzo mocno zaangażowany w konspiracji i według moich wspomnień, właśnie on coraz bardziej włączał ojca w tę pracę. Oprócz Lewińskiego w naszym mieszkaniu zaczęło się spotykać jeszcze wiele innych osób, zarówno mężczyzn, ale i kobiet, a wszyscy, wydawało się mi, byli już wcześniej znajomymi ojca i byli z nim po imieniu, chociaż ja ich przedtem nie znałem. Pamiętam, że Lewiński często gdzieś wyjeżdżał, w tym również do Lwowa, a po powrocie z tego miasta przynosił jakieś ważne, omawiane później u nas dokumenty. Ze Lwowa przywoził również konspiracyjne gazetki. Miałem przykazane, aby w żadnej sytuacji nikomu nie zdradzić, co się u nas dzieje i kto przychodzi. Nie było to tylko samym suchym nakazem, ale opierało się na tłumaczeniu zarówno przez ojca, jak i wujka Lewińskiego (bo tak się do niego zwracałem), że to co robią, to dla dobra Polski, która po zakończeniu wojny będzie znowu istniała.
Można różnie to dzisiaj oceniać co opisuję, traktując moje wspomnienia jako mało wiarygodne i wręcz naiwne, z czego zdaję sobie sprawę, ale są prawdziwe, czego potwierdzeniem mogą być inne relacje z tamtych czasów, również obecnie traktowane niestety, jako przejawy zbyt daleko posuniętego, przesadnego patriotycznego patosu. Najkrócej porównując ówczesny patriotyzm z dzisiejszym, uwzględniając oczywiście zasadniczą różnicę warunków egzystencji państwowej - wtedy najczęściej był działaniem na rzecz Polski, bez względu na osobiście ponoszone najtragiczniejsze nawet koszty, a obecnie u podłoża jego, stanowczo zbyt często niestety, leżą osobiste korzyści.
Wracając do tamtych czasów, nadszedł pewnego dnia moment w którym, można by powiedzieć "namacalnie" zetknąłem się z pracą konspiracyjną. Otóż do naszego mieszkania został przyniesiony przez wujka Lewińskiego, dostarczony przez organizację, specjalnie skonstruowany radioodbiornik, przeznaczony do nasłuchu Radia BBC z Londynu. Radio to mieściło się w aluminiowej obudowie w kształcie małej walizeczki o wymiarach, jak sobie teraz wyobrażam, około 20 cm x 20 cm i grubości 8 - 10 cm, z podnoszonym do góry wieczkiem. Po jego uniesieniu był dostęp do gałek strojenia, gniazdka słuchawek, anteny i przewodów zasilania z baterii anodowej i akumulatora. Niestety było to radio lampowe i wymagało takiego podwójnego zasilania, nie tak jak obecne tranzystorowe jedynie - kilkuwoltowej baterii. Dla radia i baterii anodowej, która była dosyć dużych rozmiarów, zrobiono skrytkę wewnątrz tapczanu. Akumulator natomiast i prostownik do ładowania go nie były chowane, bowiem miały swoje legalne uzasadnienie jako służące do oświetlenia w czasie często zdarzających się wyłączeń prądu, i w tym właśnie celu akumulator stał zawsze z podłączoną odpowiednią żaróweczką. Prostownik służył też do ładowania akumulatorka ręcznej latarki, którą opisałem już wcześniej przy okazji relacjonowania naszego pobytu w tarnowskim Gestapo. Jako antena służyła miedziana linka rozciągana w pokoju, którą łatwo było zwinąć i schować. Kłopot sprawiało zdobycie, co jakiś czas kilkudziesięciowoltowej baterii anodowej, ale na szczęście dostępne były choć z trudnościami płaskie baterie 4,5 V, z których przez szeregowe połączenie odpowiedniej ich ilości, uzyskiwało się potrzebne dla zasilania radia napięcie. Dokładnie jakie było to napięcie nie pamiętam. Nasłuch odbywał się dwa razy dziennie we wczesnych i późniejszych, ściśle określonych, godzinach wieczornych, w których BBC nadawało aktualne wiadomości, a po nich zawsze jakiś utwór muzyczny. Jak pamiętam to muzyczne zakończenie wiadomości było bardzo ważne, ponieważ dla wtajemniczonych coś oznaczało. Z takiego nasłuchu były robione krótkie notatki streszczające wiadomości i podawany w nich był tytuł utworu muzycznego. Najczęściej były to znane piosenki lub popularne inne utwory muzyczne. Kartki z tymi notatkami były dostarczane następnego dnia na kilka codziennie zmieniających się według jakiegoś porządku adresów. Wiem, że tak się to działo, ponieważ wielokrotnie właśnie ja byłem z nimi wysyłany.
Moim zadaniem było też pilnowanie w ogrodzie przed domem w czasie nasłuchu, czy nie zbliża się ktoś niepowołany, o czym miałem dawać znać przez okno pokoju, w którym słuchano radia.
Pamiętam jedno bardzo niebezpieczne zdarzenie, które na szczęście dobrze się skończyło, choć niewiele brakowało, a mogło doprowadzić do tragedii. Po pierwszym wieczornym nasłuchu, schowano radio do skrytki w tapczanie, ale pewnie przez lenistwo, słuchawki z przewodami i antenę wsunięto pod tapczan, wiedząc, że i tak nie długo będą ponownie potrzebne. W jakiś czas potem, niespodziewanie o tej porze, przyszli odebrać swoje zdjęcia dwaj niemieccy oficerowie z psem wilczurem. Ojciec załatwiał ich w pierwszym pokoju, a ja byłem w drugim, gdzie był tapczan z radiem. Ponieważ drzwi między pokojami były uchylone, niemiecki wilczur wybrał się na zwiedzanie mieszkania i wszedł do drugiego pokoju, a po chwili węszenia zaczął wyciągać spod tapczanu niedokładnie schowane tam przewody od słuchawek. Widząc to struchlałem nie wiedząc, co zrobić. Siadłem na tapczanie i nogą przydepnąłem częściowo wyciągnięty przez psa przewód i nie dawałem mu wyciągać go dalej. Nie wiem jak się by to skończyło, ale na szczęście w tym momencie właściciel psa zawołał go, a on jako posłuszny niemiecki dobrze wytresowany zwierzak poszedł do swego pana. Odetchnąłem. Po wyjściu Niemców opowiedziałem ojcu, co się mogło wydarzyć. Od tego zdarzenia nie lekceważono już zasady dokładnego chowania "trefnych" przedmiotów. Była to nauczka, która mogła drogo kosztować.
Od września 1944 r. zacząłem naukę w piątej klasie w szkole powszechnej w Stanisławowie przy Pl. Paderewskiego.
Kliknij aby powiekszyć
Świadectwo szkolne z klasy V a
Wznowiłem też naukę muzyki, na czym bardzo ojcu zależało, a zwłaszcza na nauce gry na fortepianie i stale dopingował mnie w związku z tym do ćwiczenia. Nastąpiła jednak zmiana nauczyciela. Pan Denenfeld, który uczył mnie przed wyjazdem do Tarnowa, o czym pisałem, w międzyczasie został wpisany na tak zwaną listę volksdeutschów (jakiejś najniższej kategorii, których było kilka) i to było dla ojca oczywistym powodem do zerwania z nim wszelkich kontaktów. Teraz uczył mnie muzyki pan Jan Lityński. Był to człowiek, o którym warto napisać kilka zdań. Znany był na terenie Stanisławowa jako świetny pianista. Był mężczyzną szczupłym, średniego wzrostu, o ascetycznym wyglądzie, nadzwyczaj życzliwy i wyrozumiały, bardzo sympatyczny, ale równocześnie budzący wręcz litość swoim ugrzecznionym zachowaniem - takim go w każdym razie zapamiętałem. Nosił eleganckie kiedyś ubranie, wówczas mocno już podniszczone, ale dokładnie pocerowane, a pod marynarką - atrapę zawsze czystej koszuli, to znaczy przód z kołnierzykiem i  dobrze zawiązanym krawatem, choć też mocno wytartym oraz mankiety na tasiemkach. Nieraz był proszony po lekcji ze mną, aby coś zagrał, wtedy przy energicznych ruchach rąk, rękawy marynarki odsłaniały mankiety koszuli na tasiemkach. Jeszcze dzisiaj z zażenowaniem to opisuję .
Kliknij aby powiekszyć
Wpis do mojego pamiętnika Jana Lityńskiego
Relacjonując te wydarzenia po prawie 60 latach, muszę tak na marginesie zauważyć, że ogromnie mi pomógł w tym prowadzony wówczas pamiętnik, co wtedy było jeszcze bardzo powszechne. Wiele osób, a co za tym idzie i zdarzeń trudno było by umiejscowić w odpowiednim czasie, a nawet w ogóle przypomnieć sobie, bez tych kilkudziesięciu, często banalnych, lub nawet wręcz infantylnych tekstów. Wiele osób, które pozostawiły w nim swój ślad, czas zatarłby w mojej pamięci. Doświadczyłem w czasie pisania tego tekstu, że jakiś pozornie drobny szczegół z pamiętnika, otwiera w pamięci całą sekwencję wydarzeń, które z zadziwiającą dla mnie samego dokładnością faktów i szczegółów, jestem w stanie odtworzyć. Są wpisy w pamiętniku, których nie wykorzystuję przy pisaniu, ponieważ nie pasują do aktualnego wątku, ale mają dla mnie duże znaczenie, a pełnią również rolę swego rodzaju klucza do mojej pamięci, ponieważ uruchamiają i przywołują kolejne sytuacje i zdarzenia. Odtworzyłem sobie na podstawie jednego z wpisów pamiętnikowych, zresztą nie mającego żadnego bezpośredniego związku z tym, że na początku lata 1944 r., ojciec siedział na składanym leżaku w ogrodzie pomiędzy szpalerami winogron rosnących przed domem. W pewnym momencie wstając z  niego, oparł się o boczne poręcze, a leżak złożył się i jak nożycami pod 100 kilogramowym ciężarem ojca zgniótł mu dwa palce. Tylne podpórki leżaka musiały być źle zablokowane i stało się nieszczęście. Po prowizorycznym opatrzeniu ran, poszliśmy z ojcem do wojskowego szpitala na Placu Trynitarskim,
Kliknij aby powiekszyć
Brama szpitala wojskowego przy Pl. Trynitarskim - Zdjęcie współczesne
gdzie kierownikiem apteki był stały klient, przynoszący ojcu do zrobienia swoje amatorskie prace fotograficzne. Zajął się ojcem, załatwił zrobienie opatrunku, dał bandaże i odpowiednie lekarstwa. Trzeba wiedzieć, że lekarstwa w tym czasie nie były normalnie dostępne dla Polaków, a materiały opatrunkowe były wręcz nieosiągalne. Pamiętam, że ojciec tego wojskowego nieraz w różnych rozmowach chwalił, ale też znalazł uzasadnienie na jego ludzki odruch wobec ojca, kładł to jego zachowanie na karb tego, że był Austriakiem, a nie Niemcem. W konsekwencji tego wypadku więcej niż wcześniej, pomagałem ojcu w zaimprowizowanej w pokoju ciemni fotograficznej, a też wykonywałem sam nawet bardziej odpowiedzialne prace, choć pod nadzorem ojca. Przygotowywałem między innymi wywoływacze i utrwalacze z poszczególnych składników odważanych na aptekarskiej wadze według odpowiednich receptur, wywoływałem filmy w koreksie itp.
Oprócz tego rodzaju śladów przeszłości jak pamiętnik, zachowało się kilka moich świadectw szkolnych i dużo zdjęć, ale niestety w znacznej większości nie opisanych, bez dat, co często nie pozwala mi na identyfikację osób, miejsc i czasu.

Objaśnienia przypisów:
1) w tej wersji Wspomnień publikowanej w internecie zmieniłem prawdziwe nazwisko ze względu na to, że jego bratanek noszący to samo nazwisko jako jedyna z opisywanych osób niestety nie zapisał się chlubnie w mojej pamięci, co jest uzasadnione opisem dalszych zdarzeń.

<- Strona 3
Strona 5 ->
Bronisław Jędryk
1375705 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku


WWW stanislawow.net