Początki nauki w szkole
Do szkoły powszechnej (jak wtedy nazywała się szkoła podstawowa) zacząłem chodzić w 1938 r. Szkoła Ta im. Adama Mickiewicza była przy placu o tej samej nazwie w śródmieściu Stanisławowa.
Szkola A. Mickiewicza na placu tej samej nazwy. Zdjęcie współczesne
po drugiej stronie placu był teatr im. Stanisława Moniuszki, a dalej naprzeciw niego duża synagoga z kopulastymi wieżami.
Mama ze mną przy pomniku A. Mickiewicza. W głębi wieże synagogi
W pierwszej klasie wychowawcą moim był Rusin, jak wtedy najczęściej mówiło się na Ukraińców - nauczyciel o nazwisku Komanowski. Był to starszy siwy pan ostrzyżony na jeża. Wspominam celowo o jego narodowości, ponieważ obecnie może wydawać się, co najmniej dziwne, że w polskiej szkole uczył czytania i pisania nauczyciel Ukrainiec. Razem ze mną w klasie było kilku Żydów i Ukraińców, co nie było niczym nadzwyczajnym i nie budziło emocji. Jedyną oznaką zróżnicowania narodowościowego, było oddzielne odbywanie się lekcji religii.
Oprócz nauki w szkole, już nawet nieco wcześniej, zacząłem pobierać indywidualne lekcje gry na akordeonie, a później również fortepianie.
Ja z akordeonem
Ja przy fortepianie w Stanisławowie po powrocie z Tarnowa
Oczywiście miałem swój własny mały 24 basowy akordeon. Przed rozpoczęciem nauki gry na fortepianie ojciec kupił nowy krótki fortepian. Rodzice, a zwłaszcza ojciec, widzieli we mnie w przyszłości muzyka, co chociaż nie ziściło się, jednak parę lat później w okolicznościach, które wtedy były zupełnie nie do przewidzenia, umiejętności muzyczne bardzo mi się przydały. o tym jak bardzo ojciec chciał bym był muzykiem, świadczy choćby wpis do mojego pamiętnika z 6 grudnia 1940 r.
Wpisy rodziców do mojego pamiętnika
Wpisy rodziców do mojego pamiętnika
Zbliża się wojna
W 1939 r. pod koniec sierpnia, jak zwykle w ostatnich latach, wróciliśmy po letnim pobycie w Morszynie - Zdroju do Stanisławowa. Powrót do Stanisławowa odbył się samochodem ciężarowym, pamiętam, (już wtedy interesowałem się samochodami), że był to Chevrolet z silnikiem w kabinie, na którym były załadowane urządzenia zakładu fotograficznego, niezbędne wyposażenie domowe, poza tym duży wiklinowy kosz - kufer ze słoikami konfitur wyrobu mojej mamy w tym, obecnie prawie nieznane, a doskonałe konfitury z płatków róży cukrowej. Było ich tamtego roku wyjątkowo dużo, ponieważ w tym jak się okazało ostatnim roku pobytu w Morszynie, rodzice wynajęli cały dom, a w otaczającym go ogrodzie było bardzo dużo krzaków tych właśnie nadających się na smażenie róż. Opisuję to tak bardzo szczegółowo jak tylko pozwala mi na to moja pamięć, ponieważ nigdy od tego czasu nie miałem okazji przypomnieć sobie tego wspaniałego niepowtarzalnego smaku i zapachu konfitur z płatków róży.
W ostatnich dniach sierpnia 1939 r., lub tuż po wybuchu wojny we wrześniu, rodzice w patriotycznym uniesieniu oddali na Fundusz Obrony Narodowej (FON) większość posiadanej biżuterii. Pamiętam, że wśród tych precjozów była złota bransoletka mamy w kształcie węża z zielonymi szmaragdowymi oczkami i ojca złota dewizka do zegarka z grawerowaną kulką. Z późniejszych opowiadań rodziców pamiętam, że łącznie oddali ponad 300 gramów złotej biżuterii.
Najbardziej widoczną oznaką wojny były pozaklejane paskami papieru szyby okienne, co miało chronić je przed popękaniem i wypadnięciem w czasie bombardowań. Późniejsze doświadczenia z bombardowań i ostrzału artyleryjskiego wykazały jak naiwne były te nadzieje na uchronienie okien. Ojciec wstąpił zaraz po wybuchu wojny do Miejskiej Straży Obywatelskiej, której zadaniem była ochrona różnych ważnych obiektów, jak magazyny urzędy itp. Muszę wspomnieć, że ojciec był bardzo rozgoryczony, że nie powołali go do wojska, a stało się tak dlatego, że miał bardzo zaawansowane żylaki na nogach, które spowodowały obniżenie kategorii zdrowia. Ojciec jako członek Miejskiej Straży Obywatelskiej na dyżury chodził z biało-czerwoną opaską na rękawie. Zwykle dyżury pełnił w nocy i w dzień je odsypiał, co utkwiło mi w pamięci. Dostał też maskę gazową, którą trzymał w domu, a ja się nią bawiłem.
W miarę upływu dni wojny zdarzały się alarmy lotnicze, ale żadnych bombardowań nie pamiętam. Mam natomiast w pamięci następujące zdarzenie: ojciec z naszego balkonu na trzecim piętrze, z którego było widać niemiecką dzielnicę zaobserwował, że domy na jej obrzeżu mają kominy pomalowane na biało. Później okazało się też, że podobno w kominach tych domów były zainstalowane żarówki, które mogły być zapalane, a wszystko po to, aby podczas niemieckich bombardowań, zarówno w dzień jak i w nocy piloci niemieccy byli informowani gdzie mieszkają Niemcy.
Do Stanisławowa przybywało coraz więcej uchodźców z zachodu, uciekających przed Niemcami, lub też chcących przedostać się do Rumunii, lub na Węgry, zwłaszcza w miarę postępujących coraz dalej na wschód wojsk niemieckich. Wśród tych uciekinierów byli Żydzi, którzy wiedząc o pogromach w Niemczech, uciekali na wschód. Również do nas dotarła Lusia Gross - Żydówka, pochodząca z Nowego Sącza, która jakiś czas pracowała u ojca jako laborantka w Stanisławowie, a ostatnio również w Morszynie.
Lusia Gross ze mną w Morszynie
Wpis Lusi Gross do mojego pamiętnika
Zamieszkała na krótko u nas, później gdzieś wyjechała i ponownie pojawiła się w naszym domu na początku okupacji niemieckiej, wraz ze swoim narzeczonym, chyba Rumunem. Zdaje się, że zamierzała przedostać się przez "zieloną granicę" do Rumunii. Czy jej się to udało nie wiem. Pamiętam tylko, że w ostatnich dniach pobytu u nas, kiedy Żydzi mieli już wydany przez Niemców bezwzględny nakaz chodzenia po ulicach z opaskami na rękawie z wyszytą gwiazdą Dawida, Lusia, którą zawsze pamiętam w jasno blond włosach (pewnie tlenionych), wychodziła z domu z taką gwiazdą na rękawie, ale z narzuconą pelerynką bez rękawów, zakrywającą opaskę z obowiązkowym piętnem. Ten drobny wydaje się epizod ma swój wydźwięk - jak to sprytna Żydówka Lusia starała się przechytrzyć Niemców.
Bezpośrednio przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Stanisławowa, przebywali i nocowali u nas różni obcy ludzie, którzy uciekali przed Niemcami. Przez Stanisławów przemieszczały się też kolumny wojskowe, ale również grupki żołnierzy z rozbitych jednostek i osoby cywilne, które ewakuowały się przez słynne Zaleszczyki do Rumunii.
Czerwona Armia w Stanisławowie
Samo wkroczenie do Stanisławowa Armii Czerwonej wyraźnie kojarzy mi się z przejeżdżającymi kolumnami czołgów, dział, ciągniętych przez pierwszy raz widziane ciągniki gąsienicowe (znane później jako "stalińce") i samochody ciężarowe z wojskiem i sprzętem wojskowym. Kolumny te jechały ulicą Sapieżyńską, przy której mieszkaliśmy i trwało to przez kilka, a może nawet kilkanaście dni. Była to demonstracja potęgi Czerwonej Armii, którą obserwowaliśmy z naszego balkonu. Na pewno robiło to wrażenie tym bardziej w zestawieniu z widokiem uciekających kilka dni wcześniej słabo uzbrojonych żołnierzy polskich. Jak się jednak później okazało, potęga Ta wydawała się znacznie większa od faktycznej, ponieważ sowieckie kolumny maszerowały przez Stanisławów, a następnie okrążały go oraz ponownie wkraczały i tak przez wiele dni udawały przemarsz całej armii.
Krótko po zajęciu miasta ojciec zlikwidował swój zakład fotograficzny, co stało się pewnie z jakichś powodów konieczne. Przed jego likwidacją, kiedy był jeszcze czynny, któregoś dnia byłem w zakładzie, kiedy zaszedł jako klient sowiecki "komandir" (w owym czasie wszyscy ich oficerowie byli "komendarami" różnej rangi, a dystynkcje nosili na kołnierzach w postaci rombów).
W trakcie załatwiania swojej sprawy zainteresował się mną, a na dowód swojej przyjaźni, sięgnął do kieszeni, wyjął całą garść czerwonych gwiazd, jakie nosili na czapkach i jedną z nich dał mi na pamiątkę. Był w swoim mniemaniu pewnie przekonany, że zaszczycił tym upominkiem polskiego dzieciaka.
Do naszego mieszkania dokwaterowano dwóch urzędników, o ile dobrze pamiętam zajmowali się szkolnictwem. Nie mieszkaliśmy z nimi jednak długo, bo kazano się nam wyprowadzić i całkowicie zwolnić mieszkanie. W tym czasie brakowało wolnych mieszkań, ponieważ Stanisławów był przeludniony uciekinierami z zachodu. Niedawno rodzice udzielali gościny innym, a teraz sami nie mieli gdzie zamieszkać. i w tej sytuacji nowa właścicielka domu dziadka, odstąpiła nam jeden pokój w swoim mieszkaniu, w którym ulokowała się nasza rodzina. Część sprzętów i mebli oraz wyposażenia zakładu fotograficznego złożono w jednym z dwóch garaży, które jeszcze mój ojciec przed laty wybudował w podwórzu, czego ja nawet nie pamiętałem. Przyjęcie nas do swojego mieszkania było tym bardziej wyrazem dobrego serca i solidarności w trudnych czasach, ponieważ właścicielka domu miała narzeczonego, za którego wkrótce miała wyjść za mąż. Wspólne zamieszkiwanie, stwarzało trudne warunki i wiele niewygód, tym bardziej, że młode małżeństwo zajmowało pokój przejściowy. Nie było jednak konfliktów i mieszkaliśmy zgodnie, o czym może świadczyć fakt, że po urodzeniu się im syna zostałem jego ojcem chrzestnym, mając niespełna 10 lat.
Państwo Podgórscy z synkiem Zbysiem
Wpis pp. Podgórskich do mojego pamiętnika
Do naszego mieszkania dokwaterowano dwóch urzędników, o ile dobrze pamiętam zajmowali się szkolnictwem. Nie mieszkaliśmy z nimi jednak długo, bo kazano się nam wyprowadzić i całkowicie zwolnić mieszkanie. W tym czasie brakowało wolnych mieszkań, ponieważ Stanisławów był przeludniony uciekinierami z zachodu.
Wpis pp. Podgórskich do mojego pamiętnika
Niedawno rodzice udzielali gościny innym, a teraz sami nie mieli gdzie zamieszkać. i w tej sytuacji nowa właścicielka domu dziadka, odstąpiła nam jeden pokój w swoim mieszkaniu, w którym ulokowała się nasza rodzina. Część sprzętów i mebli oraz wyposażenia zakładu fotograficznego złożono w jednym z dwóch garaży, które jeszcze mój ojciec przed laty wybudował w podwórzu, czego ja nawet nie pamiętałem. Przyjęcie nas do swojego mieszkania było tym bardziej wyrazem dobrego serca i solidarności w trudnych czasach, ponieważ właścicielka domu miała narzeczonego, za którego wkrótce miała wyjść za mąż. Wspólne zamieszkiwanie, stwarzało trudne warunki i wiele niewygód, tym bardziej, że młode małżeństwo zajmowało pokój przejściowy. Nie było jednak konfliktów i mieszkaliśmy zgodnie, o czym może świadczyć fakt, że po urodzeniu się im syna zostałem jego ojcem chrzestnym, mając niespełna 10 lat.
W tym czasie, kiedy mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu z właścicielką domu, zdarzył się wstrząsający wypadek. Mieszkanie, w którym dawniej mieszkał dziadek, wynajęte było bezdzietnemu małżeństwu o nazwisku Skotniccy.
Pan Skotnicki
On był ślusarzem w warsztatach kolejowych. W wolnych chwilach po pracy, zajmował się w przedsionku swojego mieszkania różnymi pracami ślusarskimi i mechanicznymi uzupełniając w ten sposób swoją pensję. Dorabiał klucze do zamków, naprawiał bardzo wtedy popularne i przydatne prymusy (jednopalnikowe kuchenki na naftę lub benzynę w zależności od rodzaju palnika), do których brakowało części, a on je dorabiał. Ale najczęściej się zajmował wytwarzaniem blaszek do butów, których nie można było kupić, a były bardzo poszukiwane, ponieważ oszczędzały czubki i obcasy, robione najczęściej wówczas z bardzo trudno osiągalnej skóry. Bardzo często wymykałem się z domu do nich, bo lubiłem się przeglądać jego pracy. Niektóre "tajemnice" zawodu ślusarza poznałem u niego i korzystałem z nich później. Z czasem zamieszkał u nich ich kilkunastoletni kuzyn i z nim wiąże się właśnie wstrząsające zdarzenie, które chcę teraz opisać.
Na podwórzu domu, były dwa duże murowane garaże, które swego czasu wybudował mój ojciec. Zamykane były żaluzjami z falistej blachy, opuszczanymi z góry. W jednym z nich jeszcze od przed wojny ktoś, kto go wynajął trzymał rozebrany szybowiec, a w drugim w tym czasie jakaś sowiecka firma garażowała samochód "GAZ". Była to taka półtoratonowa, bardzo prymitywna, nawet na owe czasy, ciężarówka, pierwszy radziecki samochód, którego produkcję uruchomiono na licencji Forda. W garażu tym, żaluzja zamykająca go skorodowała i skrócono ją, co spowodowało, że była za krótka i pozostawiała nad progiem dosyć szeroką, może dwudziestocentymetrową szparę. Garaż w związku z tym, zamykany był na kłódkę takim dłuższym, specjalnie dorobionym skoblem. Pan Skotnicki dostrzegł, że na skrzyni wjeżdżającego do garażu samochodu jest wożona beczka z benzyną, a benzyna była towarem bardzo atrakcyjnym i niełatwym do zdobycia. Używało się ją właśnie jako paliwo do prymusów, które naprawiał. Jak się tragicznie później okazało, kiedy był już późny wieczór i ciemno, namówił swego kuzyna na wyprawę do garażu po benzynę. Chłopak wślizgnął się przez szparę, pozostawioną przez za krótką żaluzję do środka, otworzył beczkę i zaczął przelewać benzynę. Nie wiem, z jakiego powodu, ale doszło do zapalenia się na nim ubrania. Być może przeprowadzał całą manipulację po omacku, a w pewnym momencie z jakiegoś powodu zapalił zapałkę, lub zapalniczkę. W każdym razie domowników obudził bardzo przejmujący krzyk. Pamiętam, że i ja nawet się obudziłem. Skotnickiemu jakoś udało się wyciągnąć chłopca w palącym się ubraniu ze środka, ale i sam miał bardzo poparzone ręce, co pamiętam, jak również ślady spalenizny i strzępków ubrania walające się przy garażu. Ogromnym szczęściem, wręcz graniczącym z cudem, było nie zapalenie się całej benzyny, choć skrzynia samochodu była osmolona. Ten szczegół utkwił mi w pamięci, ponieważ krotko przed tym zdarzeniem oglądałem na podwórzu, jak kierowca tego samochodu malował go pędzlem na zielono. Nie pamiętam natomiast, co się stało z ciężko poszkodowanym jego kuzynem. Dalsze skutki tego wypadku zupełnie nie zapisały się w mojej pamięci.
Opisując wydarzenia tamtego czasu myślę, że trzeba wspomnieć o wiośnie 1940 r., a właściwie ściślej biorąc o maju tego roku, kiedy to przystąpiłem do i Komunii Św. Było to dla mnie, jak pewnie dla każdego dziecka ważnym zdarzeniem, a tym bardziej, że uroczystość odbyła się w kościele ormiańsko-katolickim, do którego jak pamiętam, chodziliśmy regularnie w każdą niedzielę. Do tej uroczystości przygotowywał mnie oraz trzy dziewczynki ks. Filipiak.
i Komunia Św. 12 maja 1940 r.
Kościół Ormiański w którym przystępowałem do i Komunii Św.
Wiosną 1941 r. rodzice znaleźli bardzo ładne mieszkanie przy ulicy Lipowej, do którego się wprowadziliśmy. Okazało się jednak, że również i to lokum jako nazbyt komfortowe i dobrze usytuowane nie może być dla nas. Wkrótce i z niego wykwaterowano nas. Tak się szczęśliwie złożyło, że zwolniło się akurat mieszkanie w domu państwa Doszlów, przy ulicy Asnyka naprzeciwko dawnego domu dziadka, z którego tak niedawno się wyprowadziliśmy. Z rodziną Doszlów rodzice żyli w bardzo przyjaznych sąsiedzkich stosunkach. Pan Doszla był kilka lat starszy od mojego ojca. Pracował jako ślusarz - mistrz w warsztatach kolejowych. Doszlowie mieli dwie córki: Czesię (Cesię) i Stefę, starsze ode mnie. Obie już przed wojną chodziły do szkół średnich - do gimnazjum i liceum. Nieco dokładniej opisuję ich rodzinę, ponieważ moje późniejsze losy ściśle były związane z nimi.
Rodzina nasza i Doszlów.Od lewej mój ojciec, Doszlowie Czesia (Cesia), Ludwika, Józef i Stefa, moja mama i ja. Święta Wielkanocne 1940 r, lub 1941 r.
Dom Doszlów. Zdjęcie współczesne
Wybuch wojny niemiecko - sowieckiej
Wojna niemiecko - sowiecka wybuchła 22 czerwca 1941 r. Pamiętam, że było wtedy bardzo słonecznie i ciepło. Być może kojarzy mi się ten czas z piękną pogodą, ponieważ utrwaliło się w mojej pamięci, wówczas dziesięcioletniego chłopca, jedno szczególne zdarzenie z tamtych dni, które było związane z taką właśnie pogodą. Pewnego przedpołudnia (musiało to być w ostatnich dniach czerwca), nadleciała nad Stanisławów duża grupa niemieckich samolotów. Na niebieskim bezchmurnym niebie, pojawiły się błyszczące w słońcu samoloty, lecące na wschód w regularnym trójkowym szyku. Było ich dużo. W tym czasie ulicą Asnyka przy której mieszkaliśmy, przechodził patrol "czerwonoarmiejców" . Zobaczywszy samoloty zatrzymali się i na komendę jednego z nich, zdjęli z pleców karabiny, zarepetowali je i oparci o płot zaczęli strzelać do samolotów. Zbiegli się ludzie z pobliskich domów i zaczęli krzyczeć, aby nie strzelali, bo jeszcze niemieccy lotnicy zdenerwują się i zaczną zrzucać bomby. Z dzisiejszej perspektywy trzeba ocenić, że "dzielni" żołnierze Czerwonej Armii wykazali ogromną naiwność, myśląc, że zrobią krzywdę wysoko lecącym samolotom swoimi karabinami typu Mosin, ale podobnie naiwni byli też ludzie bojący się reakcji niemieckich lotników. Te strzały do samolotów, były zresztą jedynymi jakie wówczas się usłyszało w okolicy, w tamtej wojnie w 1941 r.
Po kilku dniach nie było ich wojsk już i ich władzy. Nie było ich żywych śladów, ale w czasie "bezkrólewia", przed wkroczeniem do Stanisławowa wojsk węgierskich (jako sojuszników Niemców na mocy porozumienia z nimi), co nastąpiło 2 lub 3 lipca 1941 r., znajdowano trupy pomordowanych i torturowanych więźniów NKWD. W domu, na rogu ulicy Kamińskiego i Pełesza w piwnicy odkryto trupy zastrzelonych strzałem w tył głowy więźniów, którzy przed śmiercią byli torturowani. Zwłoki ich miały na nogach owinięte spalone szmaty. Ojciec zrobił zdjęcia i miałem je, ale do dzisiaj udało mi się przechować te mniej drastyczne. Na przykład zdjęcie z dziedzińca więzienia przy ul. Bilińskiego, gdzie była siedziba NKWD, z opartymi o mur pokrwawionymi tragami, na których przenoszono trupy pomordowanych.
Tragi do wynoszenia zwłok pomordowanych więźniów na dziedzińcu więzienia przy ul. Bilińskiego
W czasie krótkotrwałego "bezkrólewia" pomiędzy ucieczką Sowietów ze Stanisławowa, a wkroczeniem wojsk węgierskich, odbywało się, jak mówiono, "ratowanie" różnych towarów z magazynów, czyli wynoszenie przez ludzi wszelkich dóbr jakie, się w nich znajdowały. Jednak nie wszyscy zajmowali się tym, nazywając rzecz po imieniu rabowaniem. Ani mój ojciec, ani nikt z bliższych znajomych nie uczestniczył w tym procederze. Natomiast wiele całych rodzin znosiło co się dało i zwoziło czym się dało.
Niedaleko od nas były duże magazyny wojskowe, w których jak się okazało były fajansowe naczynia - talerze, miski i inne tego rodzaju "skorupy". Widziało się jak mieszkający przy naszej ulicy starszy pan - Stanclik, pewnie miał wtedy z siedemdziesiąt lat, wysoki z długą siwą brodą, o patriarchalnym wyglądzie, przez cały dzień, a może i dwa zwoził na taczkach owe fajanse. Później, jak się słyszało, przez długi czas wymieniał je na żywność. Dochodziło też do humorystycznych scenek. Jakiejś kobiecie dźwigającej na plecach swoją zdobycz, jak oceniono przez obserwatorów zdarzenia, w zawiązanej z jednej strony koszuli, zdarzyło się nieszczęście, bo pod wpływem ciężkiego ładunku pękła, a zawartość wysypała się, akurat przed naszym domem na chodnik i oczywiście wszystko się potłukło. W tym czasie sprawa "ratowania", czy też nie - towarów z rozbitych magazynów była, patrząc na to dzisiejszymi oczami, ciekawym dylematem moralnym, a może i patriotycznym. Jak już napisałem ojciec mój jak i inni o podobnych poglądach, był bardzo krytyczny w stosunku do tych, którzy zapełniali swoje domy i komórki znoszonymi dobrami. Oni uważali dosłownie, że ratują dobra przed wrogami, a ojciec i jemu podobni, być może naiwnie, że wróg wrogiem, ale kraść nie należy. Później w następnych latach doświadczeń wojennych i okupacyjnych przestał być takim legalistą. Były to czasy, w których niecodzienne doświadczenia i sytuacje zmieniały, wydawać się mogło nawet bardzo ugruntowane poglądy.
Węgrzy w Stanisławowie
Po ucieczce Sowietów przed Niemcami ze Stanisławowa, miasto zajęte zostało od południa 2 lub 3 lipca 1941 r. przez wojska węgierskie, które były wtedy w sojuszu z Niemcami.
Pierwszym objawem stosunku Węgrów do miejscowej ludności, a więc w zdecydowanej większości Polaków - mieszkańców Stanisławowa, było ustawienie na ulicach kilku, może nawet kilkunastu kuchni polowych, wydających ludności cywilnej, jak się to wówczas mówiło - paprykarz, czyli ostrą zupę gulaszową i chleb. Dzieciom rozdawali "witaminy", a były to małe kostki jakiegoś preparatu odżywczego dla wojska, bardzo smacznego, który też zastępował nieosiągalne prawdziwe słodycze. Bardzo szybko doszło do bratania się i indywidualnych znajomości wojskowych węgierskich z Polakami. Mój ojciec poznał majora żandarmerii, który często wieczorami przesiadywał u nas. Trudności w porozumiewaniu się nie było, ponieważ większość Polaków w Galicji z tego pokolenia, znała język niemiecki podobnie jak Węgrzy, będąc wcale jeszcze nie tak dawno, do zakończenia i Wojny Światowej, poddanymi tego samego cesarza Austro - Węgier, a jako obywatele Cesarstwa obowiązkowym językiem w szkole dla nich był oprócz języka narodowego, również język niemiecki.
Węgier, rzecz jasna nie przychodził z pustymi rękami. W tym czasie zawsze w domu, dzięki niemu, było prawdziwe dobre węgierskie salami, konserwy, wojskowy chleb i czerwone wino, a dla mnie wspomniane już "witaminy". Pamiętam, że wieczorami z gościem prowadzono długie dyskusje, wspólnie słuchano wiadomości nadawanych przez radio, a bywało też, że przychodzili również zaufani sąsiedzi. Sam się temu dziwię, że pewne drobne sekwencje wydarzeń, tak odległe w czasie, zdołały się zachować w mojej pamięci przez tyle lat. Pamiętam na przykład, że sąsiad z tej samej ulicy p. Buczyński , zwrócił się do ojca z pewną prośbą, związaną ze znajomością ojca z majorem węgierskiej żandarmerii. Otóż sąsiad ten miał na wsi w okolicy Stanisławowa rodzinę, którą gnębili i napadali Ukraińcy, co w owym czasie bywało co raz częstsze. Prośba polegała na tym, aby ojciec załatwił przez Węgra ochronę i przywiezienie tej rodziny do Stanisławowa. Prośbę tę żandarmeria sprawnie i życzliwie spełniła.
Jak świadczą o tym opisane przykłady, Węgrzy bardziej przyjaźnili się i pomagali Polakom, jak dawali odczuć, że jako formalni sojusznicy Niemców są naszymi okupantami. Ta sielanka trwała niestety tylko kilka miesięcy. Wkrótce okupację tych terenów mieli przejąć od Węgrów Niemcy. Nasz znajomy major, uprzedził rodziców o tym, co ma nastąpić. Ostrzegał, o tym, co nas czeka po wkroczeniu wojsk niemieckich. Nie o wszystkim wiedział, co miało nastąpić, ale dobrze przewidział, że będzie wprowadzone drastyczne racjonowanie żywności, zostaną skonfiskowane wszystkie radia, a za niepodporządkowanie się władzom będą stosowane drakońskie represje.
Moje świadectwo szkolne z trzeciej klasy szkoły powszechnej
Rodzice mieli kupione tuż przed wybuchem wojny nowoczesne radio dwugłośnikowe z "magicznym okiem" marki "Electrit". Radio to, w ostatnich dniach pobytu Węgrów, rodzice zamiast później dać Niemcom, sprezentowali zaprzyjaźnionemu majorowi żandarmerii. W jakiś czas po zabraniu radia i pożegnaniu się przez Węgra, zupełnie nieoczekiwanie podjechał pod dom węgierski wojskowy samochód i adiutant majora naznosił do mieszkania różne dobra. Kilka skrzynek wina, całe naręcze salami, a na końcu w "pałatce" (brezencie namiotowym) mnóstwo paczek papierosów "Honved" i "Symphonia" oraz pakietów tytoniu. W ten sposób Węgrzy ostatecznie pożegnali się z nami. W późniejszych latach wojny ojciec często wspominał oraz opowiadał z żalem i ogromną sympatią o okresie "okupacji" węgierskiej.
W tym czasie w roku szkolnym 1941/42 chodziłem do trzeciej klasy szkoły podstawowej.