Opowieść o Ojcu

"Nikomu nie przekażesz wiedzy twój tylko słuch jest i twój dotyk na nowo musi każdy stworzyć swą nieskończoność i początek" Z. Herbert Jezus Chrystus wypowiedział na drzewie Krzyża największą prawdę o człowieku - że nie wie co czyni.
W tym stwierdzeniu nie zmieniło się nic po dzień dzisiejszy. Skończył się magiczny rok 2000, lecz nie znaczy to, że pozostawiamy poza sobą stare dzieje, minione życie swoich bliskich… wspomnienia pozostają z nami.
Wyjątkowe miejsce w tych wspomnieniach zajmuje ostatnia wojna, Katyń. Retrospekcje jak gdyby pomagają uzmysłowić potworność tego, co się stało. Słuchając opowiadań pani Janiny, nie przestaję się dziwić, jak wiele może człowiek przeżyć, przez jaką mękę przejść, a jednak pozostać sobą - zachować wiarę, radość życia… Nie tracić nadziei, że zło przemija.
Pani Janina - to żywa legenda. Rdzenna stanisławowianka, absolwentka polskiej szkoły - "siódemki". Po ukończeniu Pedagogicznego Instytutu pracowała w "swojej" szkole aż do jej zamknięcia w 1958 roku. Uczyła matematyki polskie dzieci. Dziś jest emerytowaną nauczycielką.
Pani Janina Zbigniewa Grabowska jest córką Marcelego Niemczyckiego, syna Wojciecha i Katarzyny - oficera Polskiej Policji Państwowej - Więźnia Ostaszkowa, którego rozstrzelano 15 kwietnia 1940 roku. (Dane z listy strat). Gdzie jest jego mogiła nie wiadomo.
"Klękamy przy ich nieznanych mogiłach z tą świadomością, że zapłacili oni szczególną cenę naszej wolności".
(Jan Paweł II)
Panią Janinę - pięcioletnią dziewczynkę - wraz z Matką i starszym bratem wywieziono do Krasnojarskiego Kraju 13 kwietnia tegoż roku. W 1942 roku brat Władysław wstąpił do wojska gen. Andersa - zginął na storpedowanym statku.
Obecnie Pani Janina jest członkiem wielkiej Rodziny Katyńskiej. o tragedii katyńskiej napisane jest tak dużo, a zarazem tak mało, bowiem każda osobista tragedia jest jedyna, jak Ta o której pragnę opowiedzieć.
Słuchając wspomnień Pani Janiny, oglądając stare fotografie starałam się jednocześnie przedstawić sobie sylwetkę pana Marcelego, jej Ojca, takim, jaki był, kiedy żył, człowieka dla którego najważniejszymi wartościami były: BÓG-HONOR-OJCZYZNA.
Marceli Niemczycki urodził się w roku 1895 w prostej polskiej rodzinie, we wsi Rokitnica powiatu Jarosławskiego, będącej w tym czasie pod zaborem austriackim. Miał liczne rodzeństwo: trzech braci i aż pięcioro sióstr. Byli wychowywani w atmosferze głęboko religijnej i patriotycznej.
Należał do pokolenia, któremu Bóg przeznaczył ostateczny bój o niepodległość zniewolonej Ojczyzny. Z rodzinnego domu wyniósł wiarę, że Polska będzie, że być musi, no i chłopięce zamyślenia o walkach z czarnymi orłami zaborców, nawiane opowiadaniami dziadków o bohaterskich powstaniach narodowych, szczególnie - Styczniowym. Marceli z dzieciństwa wykazywał wybitne zdolności artystyczne: śpiewał, grał na różnych instrumentach, pięknie malował, rysował. Interesował się tkaniem kilimów, sztuką stosowaną. Jeszcze przed rozpoczęciem służby wojskowej, skończył szkołę dekoracyjnego rzemiosła w Bielsku-Białej. Czy mógł przypuszczać wtenczas, że nie dane mu będzie kiedykolwiek zajmować się ulubioną sprawą? że nie stanie się jego przeznaczeniem.
Wybuchła pierwsza wojna światowa i Marceli, jak i jego starsi bracia, zaciągnął się ochotniczo do Legionów i Polskich, które wchodziły w skład armii austriackiej. Przeszedł z Legionami cały trudny szlak wojenny. W uciążliwych, krwawych marszach krzepiły serca, podnosiły na duchu pieśni powstańcze. "Hej strzelcy wraz z nami Orzeł Biały…" - śpiewali legioniści.
Tak stały się Pieśniami Legionów pieśni Powstania Styczniowego. Te cztery lata wojny (1914-1918) były okresem dramatycznych wydarzeń, zmiennych jak w kalejdoskopie, które jednakże doprowadziły do odzyskania wyśnionej niepodległości.
W tym ważnym momencie przełomu dziejowego młodzież polska sprawdziła się: z całym swym młodzieńczym zapałem zaciągała się do Wojska Polskiego, stanęła gremialnie do walki za zdobytą wolność. Marceli, już jako żołnierz polski, brał czynny udział w ciężkich bojach o Lwów, który ceną ogromnych ofiar, był zdobyty 22 listopada 1918 roku, walczył do końca o wschodnie rubieże Polski. Jeszcze będąc w wojsku przyjął poważną, nader odpowiedzialną decyzję postanowił wstąpić do szkoły policyjnej. Tak zareagował Marceli na ten niezwykły dar, że oto jest niepodległość nie w marzeniach, a w rzeczywistości, i że trzeba jej bronić i twardo stać na straży porządku. Jego starsi bracia zostali kadrowymi oficerami, najmłodszy kapelanem.
Po ukończeniu nauki z b. dobrymi ocenami kwalifikacyjnymi, pan Marceli otrzymał skierowanie do pełnienia służby zawodowej w Stanisławowie w Państwowej Policji Konnej. i tu właśnie spotkał dziewczynę, która od razu zawładnęła jego sercem i umysłem - taką wyśnioną, wymarzoną…
Pani Zofia, stanisławowianka z Belwederu (dzielnica Stanisławowa) była rezolutną, śliczną niebieskooką dziewczyną. Nie tak łatwo było zdobyć jej wzajemność. Tym bardziej, że nie jeden ubiegał się o jej względy. Skończyła właśnie Szkołę Przemysłową we Lwowie i miała pełną główkę najśmielszych pomysłów na przyszłość. Pragnęła wyjechać do Warszawy… tam również czekał na nią niecierpliwy wielbiciel. Lecz cóż… pan Marceli potrafił dopiąć swego. Po wielu perypetiach - rycerz z dziewczęcych snów, na bułanym koniu z szablą, u boku - zdobył serce i rękę ukochanej. Pobrali się latem 1922 roku. Ślub wzięli w Kolegiacie stanisławowskiej. Ceremonia była niezwykle uroczysta: barokowe wnętrze kościoła, rzęsiście oświetlone. Blask i jasność. Odurzająco pachniały białe lilie…, organy, śpiew, orkiestra wojskowa 48 pułku Ułanów… Piękna młoda para szła od ołtarza przez zwarty szpaler wojskowych w pełnej gali, pod wyciągniętymi błyszczącymi szablami, jak pod srebrzystym baldachimem.
Ślub na długo zapamiętali mieszkańcy miasta.
Teraz życie młodej pary nabrało nowego znaczenia. Było napełnione radosnym trudem budowania własnej rodziny, własnego domu.
Po roku przyszedł na świat syn Władysław, a kiedy mieli już piękny dom - córka Janina. Pana Marcelego nie omijały awanse, wyróżnienia - ceniono go za rzetelną, sumienną pracę. Dosłużył się w krótkim czasie do rangi przodownika, wykładał w szkole policyjnej - miał wiele odznaczeń… Był delegowany, z ramienia Policji Stanisławowskiej, do Warszawy na uroczystości żałobne, związane z pogrzebem Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego.
Przed wojną myślał już o tym, by przejść do rezerwy (miał już potrzebną wysługę lat). Marzył mu się wyjazd do Krakowa, spokojne życie w gronie rodziny, możność zajmowania się ulubioną sprawą - tkactwem, wzornictwem. Marzyła się swoja własna pracownia projektowania ozdobnych kilimów.
Cieszyły serce i oczy dorastające dzieci. Syn - uczeń rządowego gimnazjum, tzw. stanisławowskiej "rządówki" - rokował wielkie nadzieje. i w nauce, i w sporcie odnosił sukcesy.
Niestety, los zarządził inaczej. Sytuacja polityczna była coraz bardziej napięta. Mąciły spokój pogłoski o wojnie. Lecz wierzono, że jeśli wojna wybuchnie, nie potrwa długo i zakończy się zwycięstwem. Przecież mamy takich sojuszników!!! Dla rodziny pani Janiny, jak i dla tysięcy rodzin polskich na Kresach czarny dzień 17 września 1939 roku stal się tragicznym początkiem długiego ciągu nieszczęść: represji, aresztowań, wywózek… Stał się końcem rodzinnego życia, końcem beztroskiego dzieciństwa. Końcem normalności. Pani Janina była wówczas dzieckiem. Jednak zachowała w pamięci obrazy nigdy nie zatarte czasem. Wiele dowiadywała się z opowiadań Matki…
Słuchałam jej słów i ożywały minione czasy. Nabierały nowej treści. Czas cofnął się w mroczne dni wojennej jesieni… Jak we śnie zjawiały się wizje tamtych dni.
W ówczesnym Stanisławowie początek września mijał dość spokojnie. o wojnie przypominały dwie rzeczy: ogromny przypływ nieznanych ludzi - wojskowych i cywilów - którzy starali się przedostać do Rumunii, lub na Węgry, przez zaciemnione nocą miasto.
Wojska sowieckie weszły do Stanisławowa 18 września. Tak od razu niezupełnie orientowano się, czym to grozi. Nawet nieliczne, niby przypadkowe, aresztowania nie budziły wielkich obaw. Ogólnie sądzono, że taki stan rzeczy, jaki zaistniał, nie potrwa długo. Wystarczy przeczekać do wiosny, a tam przyjdzie wyzwolenie. Bowiem bolszewicy wydawali się tacy źle zorganizowani, nieporadni i biedni. Tacy sobie prostaczkowie, przy tym źle uzbrojeni… a całe to wielkie sowieckie państwo - to kolos na glinianych nogach. Czyżby nie tak?! Pan Marceli, jak i inni policjanci, w pierwszych dniach "wyzwolenia" został usunięty ze swego stanowiska. Poczęło gnębić głuche, niejasne jeszcze poczucie zagrożenia, niepewności. Po długiej rodzinnej naradzie wraz z kolegą, postanowił opuścić miasto. Zamierzali udać się na Zachód. Nie dotarł nawet do granicy. W nagłym odruchu lęku o swoich najbliższych zrezygnował z dalszej drogi i powrócił do domu.
Wkrótce otrzymał wezwanie do byłej Komendy Policji, gdzie służył wiernie tyle lat, by złożyć broń. Komenda mieściła się wówczas przy ulicy Kamińskiego .. Do domu nie wrócił. W tym dniu zabrano prawie wszystkich mężczyzn - wojskowych, policjantów… Prości funkcjonariusze zostali wypuszczeni, natomiast oficerowie - zatrzymani na miejscu, do wyjaśnienia.
Po paru dniach sąsiadka Żydówka, - której syn służył w tym czasie w Komendzie - przyniosła ważną wiadomość: wszyscy zatrzymani będą wywiezieni w głąb Rosji, do obozów. Ponadto radziła pani Zofii solennie obiecując pomoc syna, by przekazała w dniu następnym, wraz z paczką żywności, cywilne ubranie swego męża. Sugerowała, że w taki sposób uda się uwolnić go spod straży, a może i zupełnie. W każdym bądź razie będzie miał ułatwioną ucieczkę, może uniknie wywózki…
Pani Zofia, z tajoną w głębi serca nadzieją, przyjęła tę fantastyczną propozycję, zdawać się mogło, zupełnie nierealną, jako Dar Boży.
Nazajutrz z pakunkiem, jak było umówione, z małą Janinką udała się na ulicę Kamińskiego, do Komendy. Wszystko układało się pomyślnie. Paczkę przyjął znajomy wartownik i po krótkim czasie pan Marceli, już jako cywil, z uśmiechem gorąco witał żonę i córeczkę. Jakie wielkie szczęście! Znów są razem! Ojciec cieszył się niezmiernie, tyle miał jeszcze do powiedzenia… Do załatwienia… Lecz od próby ucieczki odmówił się stanowczo, bezwarunkowo - opowiada pani Janina, wspominając ostatnie spotkanie z ojcem. Rozgoryczoną, boleśnie zawiedzioną żonę uspakajał łagodnie, że nie trzeba łez - rozłąka istotnie nie potrwa długo, wkrótce i tak powróci do rodziny.
Pan Marceli, odrzucając możliwą wolność, okazję i przyjmując decyzję w odniesieniu do samego siebie i do rodziny, nie wahał się bynajmniej. Był zbyt szlachetny i nieustępliwy w kwestiach oficerskiej cześci i honoru. Honor nie pozwalał postąpić inaczej, Odwróciła się karta jego życia, była pusta. Wywieziono wszystkich następnego dnia.
Już od świtu pani Zofia z dziećmi stała pod murami Komendy w milczącym tłumie. Było mgliście i wietrznie. Zimno przeszywało nawskroś. Zamarli w oczekiwaniu…
Podjechały wojskowe ciężarówki - pośpiesznie, jakby w popłochu ładowano więźniów. Już z samochodu zdążył pan Marceli przesłać swym bliskim znak pożegnania. Takim zapamiętała Ojca mała Janeczka, z ręką uniesioną w pożegnalnym geście i z nikłym uśmiechem. Co odczuła wtedy pani Zofia, gdy na mgnienie spotkały się ich spojrzenia? Jakie przeczucia targały sercem? Czy mogła przypuszczać, że już nigdy nie zobaczy swego męża?…
Potoczyły się szare dni. Nawarstwiały się ciemne chmury nad osieroconymi domami. Jak ciemne kruki krążyły złowróżbne pogłoski.
Po miesiącu nieoczekiwanie, przyszedł pierwszy list od pana Marcelego - lakoniczna kartka - z kalininskiej obłasti, z obozu w Ostaszkowie. Więc żyje! i już wiadomo gdzie się znajduje! Można było odetchnąć z ulgą.
Pisał, że zdrowie marne, że tęskni… Wciąż myśli o nich i gryzie go niepokój jak sobie radzą sarni.
"…pulsuje noc w nocy każdą godziną cicho krwawi modlitwa" (Miriam) Całą zimę listy nadchodziły regularnie, raz w miesiącu. Pani Zofia odpowiadała krótko, ściśle o rodzinnych sprawach. Ostatni chyba najbardziej smutny list, otrzymali w końcu marca 1940 roku i nastąpiło milczenie.
Z każdym dniem narastała trwoga - niepokój stawał się coraz bardziej bolesny. Cóż się stało?! Nocami modlono się żarliwie:
Od trwogi gorszej niż konanie wybaw nas Panie! o rannej godzinie świat jest jasny i czysty, i cichy.
O takiej właśnie godzinie w dniu 13 kwietnia, pamiętnego 1940 roku zabrano z domu panią Zofię wraz z dziećmi.
W bydlęcych wagonach razem z innymi rodzinami internowanych wieziono ich na Wschód, niby do miejsca pobytu mężów, ojców… W drodze, od konwojenta, dowiedziała się pani Zofia, że dokąd jadą nie wiadomo, a mąż jej niestety nie żyje.
W ciągu długiego czasu na nieludzkiej, obcej ziemi, nic nie było wiadomo o losie pana Marcelego. Tliła się, gasła i ożywała, wątła nadzieja, że jednak żyje, że wróci, kiedy wojna się skończy.
Do wsi, w dalekim Kustanajskim Kraju, dokąd zostali wywiezieni wiadomości ze świata docierały opieszale i nie zawsze były wiarygodne.
W kwietniu 1943 roku Niemcy ogłosili, po raz pierwszy, na cały świat o zbrodni NKWD w Lesie Katyńskim. (Pierwsze krzyże na dolach śmierci postawił Polak, Teofil Dolała, w marcu 1942 roku). W styczniu 1944 roku, swoją fałszywą wersję o mordzie oficerów - jeńców polskich - podali Sowieci (komisja Burdenki). Zgodnie z tą wersją wydarzeń odbyły się uroczystości żałobne na straszliwym uroczysku Kozie Góry.
Zostały wówczas ogłoszone pierwsze listy straconych. Nie było danych o jeńcach z Ostaszkowa.
Do dziś nie wiadomo dokładnie, gdzie dokonywano egzekucji na jeńcach z obozu w Ostaszkowie. W październiku 1944 r. rodzina pana Marcelego - już tylko żona i córka - powróciła do Stanisławowa, do rodzinnego domu. Biegły lata. Sowieci nadal oskarżali Niemców o zbrodnię katyńską. Zbrodnię - bezprzykładną - w historii ludzkości, nie mającą precedensu.
W kinach wyświetlano filmy o ekshumacji grobów oficerów polskich, jeńców z obozów internowania pomordowanych w Lesie Katyńskim.
Jeńców wojny niewypowiedzianej. Z czasem utwierdziło się przekonanie, że nie należy już szukać pana Marcelego wśród żywych…
I jednak był to niesamowity wstrząs, kiedy w 1970 roku pułkownik Wojska Polskiego, kuzyn, przekazał pani Janinie wiadomość z Warszawy, że Ojciec nie żyje - został stracony jeszcze w 1940 r.
Strasznie bywa, kiedy przestaje się czekać, ani spodziewać się już nie ma czego… Rozumiesz - życie przeminęło… Pozostał tylko ślad… W roku 1971 zmarła pani Zofia, Pani Janina straciła też Matkę nie miała żadnych wątpliwości, że tego okrutnego czynu w Lesie Katyńskim dokonało NKWD, lecz chowała swe przekonania głęboko w sobie - wiedziała, aż nazbyt dobrze, czym grozi głoszenie tej zbrodni.
W 1999 roku władze sowieckie przekazały Polsce listy strat ze wszystkich obozów internowania. i wówczas, w Warszawie pani Janina znalazła na liście Katyńskiej (obóz w Ostaszkowie) dane osobowe Ojca. Wreszcie miała już prawo wiedzieć jak zginął, lecz nigdy nie dowie się co przeżył.
"Czyj to świergot wleciał w naszą ciszę smużką światła zmieszał dym kadzidła ścigał i znów w ramionach kołysze ukrycia Ukryty Słychać dzwonki z wiekuistych wzgórz Nic nie wiem" (Miriam) 2 września 2000 roku został uroczyście otwarty i poświęcony jeszcze jeden Cmentarz Katyński - polski wojskowy - w Miednoje, gdzie byli chowani także funkcjonariusze policji z obozu w Ostaszkowie.
Może tam właśnie jest miejsce ostatniego spoczynku pana Marcelego(?) i na rdzawej ścianie pamięci pojawi się tabliczka:
- MARCELI NIEMCZYCKI -przodownik Polskiej Policji Państwowej Przeżył lat 45.
Złożył swe życie na ołtarzu Ojczyzny Cześć Jego pamięci! Kończąc tę opowieść, warto jeszcze dodać, że pamiątki po Ojcu skrzętnie przechowywane w rodzinie, obecnie znajdują się w "Rodzinie Katyńskiej" przy parafii św. Karola Boromeusza przy ulicy Powązkowskiej 14 - w Warszawie.
Na pokwitowaniu - Nr 1956-0 z dnia 7 lutego 1991 roku, czytamy:
l. Fotografia p. M. Niemczyckiego - l szt.; 2. Książeczka wojskowa; 3. Kartka z obozu w Ostaszkowie - l szt.; 4. List z obozu - l szt.; 5. Medale wojskowe i służbowe - 5 szt. (W tym za Obronę Lwowa, za Obronę Kresów Wschodnich i dr.).
Zaś pani Janinie - "Urząd do spraw Kombatantów i osób represjonowanych" w Warszawie wydał zaświadczenie Nr 411585 od dn. 30.12.99 r. o przyznaniu jej uprawnień kombatanckich.
Opowiadania wysłuchała i spisała: IRENA PARTYKA
Nadesłał : Tadeusz Antoniak (Stanisławowianin)
Zaczerpnięte ze zródła: "Expatpol.com"
Kontakt
1756879 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net