Nigdy nie byłam w Stanisławowie

Czesława Scheffs

Rozdział pierwszy
Jestem gdańszczanką. Urodziłam się po wojnie. W Gdańsku miały miejsce wszystkie ważne dla mnie wydarzenia: matura, studia, zamążpójście, narodziny syna, praca zawodowa zwieńczona emeryturą... Ale moja rodzina, jak zdecydowana większość żyjących dziś w tym mieście gdańszczan, to przybysze, wysiedleńcy. Repatrianci – jak się kiedyś mówiło, aby nie używać słów: wypędzeni, wygnani, wysiedleni. Moi bliscy, którzy tu przybyli po II wojnie światowej, już od dawna nie żyją. Ani oni, ani ich znajomi, którzy także przywędrowali do Gdańska z Kresów. Kresy... Towarzyszyły mi przez całe moje dzieciństwo i młodość przywiezione w sercach i pamięci mojej Babki i jej sióstr, mojej Matki i Ojca.
Po latach, gdy usiłuję uporządkować swoją wiedzę o moich kresowych korzeniach, ze smutkiem przyznaję, że nie wszystko zapamiętałam, niewiele zanotowałam.
Zachowałam wprawdzie wszystkie zdjęcia, jakie przywieźli moi wysiedleńcy s t a m t ą d, a także kilka dokumentów, „święte” obrazki, zeszyt wypełniony kulinarnymi przepisami. Ach, jeszcze wciąż sprawną maszynę do szycia Singera i lekarski termometr z metryczką stanisławowskiej apteki, w której go sprzedano...
A oto dzieje mojej rodziny.
Mój dziadek Michał Dutka urodził się w 1886 roku. Czy w Stanisławowie? Tego nie wiem. Ale wszystkie jego zdjęcia, jakie przetrwały do naszych czasów, wykonywane były w zakładach fotograficznych działających w Stanisławowie. Pierwsze - w 1905 roku, gdy Michał liczył sobie lat dziewiętnaście. Matką Michała była Paulina Dutkowa. Jej panieńskiego nazwiska nie znam. Nie znam także imienia jej męża – mego pradziadka.
Według rodzinnych przekazów była to rodzina zamożna, o czym może świadczyć chociażby okazały rodzinny grobowiec, który jeszcze w latach sześćdziesiątych można było oglądać na stanisławowskim cmentarzu. A potem cmentarz zlikwidowano... W 1912 roku Michał ożenił się z Marią Anną Nowakowską, a w1914 roku już nie żył. Przyczyną śmierci były galopujące suchoty. Pozostawił żonę z roczną córeczką, moją Matką, urodzoną 27 lipca 1913 roku. Babka do śmierci ( a ta nastąpiła wiele lat po wojnie w Gdańsku) pozostała wdową po kolejarzu. Nie wyszła ponownie za mąż, choć miała wielu „starających się”. Powstrzymywała ją obawa, że ojczym może okazać się nie dość dobrym opiekunem dla jej córki. Renta po mężu, którą otrzymywała także w czasach PRL, pozwalała Babce na finansową niezależność. A przed zamążpójściem nauczyła się krawiectwa. Jako krawczyni (tak o sobie mówiła) mogła dodatkowo wspierać rodzinny budżet.
Michał miał brata bliźniaka – Włodzimierza. On również zmarł na gruźlicę, której nabawił się w okopach Wielkiej Wojny. Jego los podzieliła żona Julia i dwójka dzieci. Daty ich śmierci nie są mi znane. Michał był ślusarzem. Służył na kolei.
Gdzie mieszkała rodzina Dutków, gdzie zamieszkał po ślubie Michał? Ze wspomnień Babki zapamiętałam nazwy ulic Śnieżna, Zosina Wola, dzielnicę Majzle.
Na świadectwach szkolnych mojej Matki do roku 1925 jako miejsce urodzenia figuruje Knihinin. W następnym roku, po reformie administracyjnej, już Stanisławów.
Nigdy nie byłam na Kresach. Moja wiedza o tamtym świecie opiera się na zapamiętanych strzępkach opowieści... Oczywiście we wspomnieniach moich bliskich nie mogło zabraknąć takich nazw jak ulice Sapieżyńska, Kazimierzowska, Trzeciego Maja, park Romaszkana, Belweder, budynek sądu przy ulicy Bilińskiego, pasaż, kościół ormiański... Ale za miejsca zamieszkania uznałabym właśnie ulicę Śnieżną i Zosiną Wolę, numer chyba 65.
Moja Babka Maria i jej dwie siostry nie urodziły się w Stanisławowie. Były córkami wojskowego wachmajstra Kacpra Nowakowskiego i Praksedy z domu Samson. Kacper -żołnierz c.k. armii wędrował ze swym pułkiem po Galicji i tam rodziły się jego córki. W 1889 – Agnieszka (w Mostach Wielkich), w 1891 w Gródku Jagiellońskim Maria, w 1893 w Sądowej Wiszni – Julia. Do Stanisławowa trafiły nie później niż w roku 1905 (choć myślę, że wcześniej).
Ważnym epizodem, w życiu rodziny Nowakowskich, jeszcze przed osiedleniem w Stanisławowie, był pobyt w Stockerau niedaleko Wiednia, gdzie stacjonował 7. Pułk Ułanów Arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Tam córki Kacpra pobierały nauki w austriackich szkołach. Znajomość języka niemieckiego wyniesiona z owych szkół przyda się potem w czasie okupacji niemieckiej i już po II wojnie światowej w Gdańsku, gdzie przyjdzie mojej Babce zamieszkać w domu pospołu z niemiecką jego właścicielką, która niebawem zostanie wysiedlona, by zrobić miejsce wysiedleńcom z Kresów.
Jak bardzo niestety niepełna jest moja wiedza o kresowych przodkach, niech świadczy fakt, że nie mam pewności, jakie właściwie imię nosiła moja prababka. W dowodach osobistych jej córek występuje ona jako Prakseda, bądź Paraskiewia. To ostatnie imię świadczyć może o jej rusińskich korzeniach. Paraskiewia to wszak święta prawosławna. Ale na pewno chodzi o tę samą kobietę! Nie ma mowy, by Kacper Nowakowski miał dwie żony.
Dość szybko zrozumiałam, nawet będąc dzieckiem, o co zadbali moi najbliżsi, że wpisy w dowodach osobistych mojej Matki, Babki i Ciotecznych Babek są oszustwem!
Jakże mogły urodzić się w ZSRR, kiedy w końcu XIX wieku Galicja była pod zaborem austriackim, a Związek Radziecki powstał w 1922 roku?
Nawiasem mówiąc w mojej rodzinie używano określeń: sowieci, bądź moskale. Zwłaszcza to ostatnie słowo miało dla mnie ciekawy wydźwięk, odkąd poznałam poezję Mickiewicza.
Może te różne wersje imienia prababki to także wynik urzędniczej manipulacji?
Kiedy pradziadek Kacper pożegnał się z armią?
Jak rodzina Nowakowskich przeżyła I wojnę światową?
Narzeczony Agnieszki nie wrócił z wojny. Narzeczeństwo Julii zostało zerwane, nie przetrwało wojennej rozłąki, choć narzeczony przeżył. Zapamiętałam jego nazwisko: Józef Wiewiórski, jak również to, że walczył gdzieś w Bośni i Hercegowinie. A wojna przyniosła biedę, lęk przed siejącą spustoszenie grypą - hiszpanką i głód. Jest taka baśń braci Grimm o Dziewicy Malenie. Bohaterka po latach tułaczki, kiedy jej los się odmienia, mówi do przydrożnej pokrzywy: Pokrzyweczko, pokrzyweczko maleńka, czemu stoisz tu samiuteńka, tyś mnie niegdyś karmiła, jam listkami się żywiła twoimi, listkami surowymi.
Pamiętam, że gdy Babcia czytała mi tę baśń, zawsze dodawała swój komentarz: w czasie wojny, panował głód, często jedliśmy wtedy zupę z pokrzyw. Dziwnie funkcjonuje nasza pamięć...Jak długo żył pradziadek Kacper? Nie wiem. Ale przez kilka lat po rozstaniu z wojskiem pracował w męskim gimnazjum jako woźny. Miał tam służbowe mieszkanie. Jakie to było gimnazjum? Znów luka w mojej wiedzy. Fakt, że nie udało się Kacprowi wydać za mąż dwóch córek, musiał go przygnębiać. Może czynił sobie wyrzuty, że nie był w stanie zapewnić im atrakcyjnego posagu, który przyciągnąłby więcej kandydatów do ożenku?
Najmłodsza córka Kacpra Julia uchodziła za najładniejszą z trzech sióstr. Zapamiętałam ją jako osobę pogodną, wyrozumiałą, życzliwą wobec innych, trochę marzycielską. Wbrew tym cechom Julia wykazywała się jednak pewną przedsiębiorczością; imała się różnych zajęć, a to opiekunki kalekiej dziewczynki u pewnej ziemiańskiej rodziny w okolicach Stanisławowa, a to panny sklepowej, a to kasjerki. Właśnie jako kasjerka przepracowała wiele lat w firmie Handel Farb i Lakierów Juliana Polaka.
Moi bliscy nigdy już po wojnie nie pojechali do Stanisławowa. Nie zostawili tam nikogo. Ja także nigdy tam nie byłam. Jeździły tam natomiast, po 1956 roku, znajome moich rodziców, stanisławowianki, siostry Biliczakówny. Do Gdańska trafiły bowiem trzy córki, spośród siedmiorga dzieci stanisławowskiego dorożkarza - Biliczaka. Była to podobno znana w mieście postać. Ranny w czasie wielkiej wojny, stracił nogę, a za odszkodowanie, jakie otrzymał od austriackiego rządu, kupił trzy domy ! i właśnie dorożkę. Był więc osobą majętną. Toteż w 1945 roku podjął decyzję o nieopuszczaniu Kresów. Nie chciał zostawiać swoich domów, jak mówiły córki. Wraz z żoną i dwiema zamężnymi córkami pozostał w Stanisławowie. Czy zachował swoje domy? W każdym razie znane mi panny Biliczakówny, które długo jeszcze, już jako mężatki i matki dzieciom, spotykały się z moimi bliskimi na różnych rodzinnych uroczystościach, miały kogo odwiedzać na Kresach. To od nich wiem, że grobowiec Dutków istniał jeszcze w latach sześćdziesiątych. Na jakim cmentarzu? Nie wiem. Chyba też nikt nigdy nie sfotografował tego nagrobka. Wszak aparaty fotograficzne nie były wtedy tak powszechne jak dziś...
Z czasem nasze kontakty osłabły. Czas płynął, dzieci zakładały rodziny, pojawiały się wnuki. Rodziny żyły już nową rzeczywistością. Towarzyskie spotkania, na których wspominano Stanisławów, przestały być najważniejsze. A potem miejscem spotkań stał się cmentarz Srebrzysko we Wrzeszczu. Przyszedł czas umierania wygnańców z Kresów.
Rozdział drugi
Ale to dopiero nastąpi: ten czas nadejdzie za wiele, wiele lat, po wojnie, tej drugiej, światowej. A w niepodległej Polsce w listopadzie 1920 roku rozpoczyna naukę w szkole moja przyszła Matka Eugenia Stefania Dutkówna. Edukację w klasie pierwszej i drugiej pobiera w szkole imienia Królowej Jadwigi, którą kieruje Michalina Stachiewicz. Z ozdobnych podpisów trudno odczytać nazwiska nauczycieli. W 1922 roku „klasa” zamienia się w „oddział”, a szkoła w siedmioklasową powszechną żeńską im. Emilii Platerówny. Zmienia się też skala ocen. Zachowanie przestaje być „chwalebne”i „zadowalające”; staje się „bardzo dobre” lub „dobre”. Pilność nie jest już „wytrwała”, czy „ niejednostajna”, a „bardzo dobra” i „dostateczna”.
Gospodynią klasy ( a jednak niekonsekwentnie zachowano tę terminologię) jest przez dwa lata Anna Zofia Helferówna, potem zastąpi ją Olga Wolańska. Religii uczy najpierw ksiądz Peciak, następnie ksiądz Franciszek Galas. Ukończenie kolejnych oddziałów potwierdzają „zawiadomienia szkolne”, opatrzone stosownymi pieczątkami i podpisami. Maria Dutkowa w myśl szkolnego regulaminu na każdym takim „zawiadomieniu” składa swój podpis potwierdzający, że zapoznała się z ocenami wystawionymi przez ciało pedagogiczne. W kilku tych dokumentach jej córkę uparcie nazywają Stefanią Eugenią. Dopiero w 1926 roku kolejność imion będzie już właściwa. Eugenia przez jakiś czas także pracowała w firmie Juliana Polaka. Ale oto życie rodziny zmienia się za sprawą pewnego kaprala z 6. Dywizjonu Artylerii Konnej.
Augustyn Tarchała – mój ojciec - nie urodził się na Kresach. Pochodził z Małopolski. Rodzice gospodarzyli w podtarnowskiej wsi. Mieli sześcioro dzieci. Uchodzili za ludzi zamożnych. Jednak Augustyn, podobnie jak jedna z jego sióstr, nie pozostał na wsi. W wieku dziewiętnastu lat wybrał wojsko. Trafił do 6. Dywizjonu Artylerii Konnej, który stacjonował najpierw we Lwowie, a od 1924 w Stanisławowie, w koszarach przy Zosinej Woli. Przez rok uczył się w warszawskiej Centralnej Wojskowej Szkole Podkowniczej. Po jej ukończeniu otrzymał nominację na wojskowego majstra podkuwacza.
6. DAK nosił imię generała Romana Sołtyka, znanego z ufundowania i dowodzenia baterią artylerii konnej w Armii Księstwa Warszawskiego, uczestnika powstania listopadowego. W czasie gdy w dywizjonie służył mój ojciec dowódcami byli najpierw podpułkownik Stefan Maleszewski, następnie podpułkownik Leon Hózman Mirza Sulkiewicz, oraz podpułkownicy Zygmunt Karasiński i Stanisław Podkowiński. Owo mirza oznaczało, że Sulkiewicz był Tatarem! Opowieści rodzinne mówią, iż Augustyn podobał się wielu stanisławowskim gimnazjalistkom. Wybrał jednak Gienusię Dutkównę. Pobrali się w latach trzydziestych. Moja przyszła Matka po zmianie stanu cywilnego przestała pracować zawodowo.
W prowadzeniu domu pomagała młodej mężatce ciotka Agnieszka Nowakowska – miłośniczka kotów, kwiatów, ogrodów... We wspomnieniach mojej rodziny okres między wojnami jawi się jako czas dobry, szczęśliwy. Były to spokojne lata względnego dobrobytu, wypełnione dostępnymi wtedy rozrywkami, jak kino książki, spotkania towarzyskie. Drobne radości: oto udane ciasto na niedzielny podwieczorek, wypróbowanie nowego przepisu na pączki, zabawy z kotem i psem – białym szpicem suczką Lalunią, uwiecznioną na fotografiach. Nowa jedwabna bluzka, elegancka mufka, złoty łańcuszek, zamszowe pantofelki. Spacery trasą A-B. Msze w kościele ormiańskim, gdzie króluje Najświętsza Maria Panna Łaskawa. Ona też będzie się tułać, jak tysiące kresowian, by trafić – po licznych peregrynacjach - do Gdańska.
Niedługo przed wybuchem wojny ojciec został przeniesiony do Grupy w powiecie świeckim, do 16. Dywizjonu Artylerii Ciężkiej Armii „ Pomorze”. Kilkanaście ważnych dla niego lat przeżył jednak na Kresach. Już chyba czuł się trochę kresowiakiem, choć zawsze wielkim sentymentem darzył swoje rodzinne strony – okolice Tarnowa, Łęg Tarnowski i inne miejscowości położone nad Dunajcem. To do Łęgu powrócił z obozu jenieckiego w Kutnie, by przez całą okupację, jako żołnierz AK, prowadzić konspiracyjną działalność. O tamtym okresie ojciec opowiadał niewiele. Już po jego śmierci, czytając relacje o akcji z lipca 1944 roku mającej dostarczyć do Londynu części pocisków V-2, domyśliłam się, że mógł w niej uczestniczyć, pełniąc jednak tylko rolę drobnego ogniwa...
Ale najpierw był Wrzesień. Rodziny wojskowych ewakuowano. Eugenia przez wiele dni wraca z Grupy do Stanisławowa pociągiem ustawicznie bombardowanym przez niemieckie lotnictwo. Udało się jej przeżyć koszmar ewakuacji; straciła jedynie nadane na bagaż rzeczy stanowiące wyposażenie mieszkania, w którym nie dane jej było zamieszkać na dłużej. Augustyn walczy nad Bzurą. 22 września trafia do niewoli. 6 listopada powiodła się ucieczka z obozu. Rozdzieleni małżonkowie spotkają się dopiero w 1942 roku, gdy Stanisławów, po zdobyciu Pokucia przez Niemców, należeć będzie do dystryktu Galizien. Wojna dla Stanisławowa zaczęła się 19 września od wkroczenia sowietów. Nagle, dotąd poprawne relacje z żydowskimi i ukraińskimi sąsiadkami zmieniły się. Jawnie okazywały radość z wkroczenia Armii Czerwonej, z satysfakcją przepowiadały koniec Polski. Miasto stało się Stanisławem. Wrogość i strach zdominowały tamtą jesień. Moja matka żona wojskowego, choć tylko podoficera (Ojciec szedł na wojnę jako ogniomistrz) miała podstawy by obawiać się wywiezienia na Sybir. Los okazał się dla niej łaskawy. Czytając dziś wspomnienia kresowiaków, przypominając sobie film Wajdy, myślę, że rzeczywiście zdarzały się niemal cudowne ocalenia przed wywózkami... Zwykle była to pomoc Rosjan podyktowana ludzkimi odruchami, litością, czasem czymś więcej. Każdy kto uniknął losu zesłańca, ma swoją własną historię. Mojej Matce także pomógł Rosjanin, oficer który – jak głosi rodzinna opowieść – przywiózł jej osobiście na rowerze dokumenty chroniące przed wywiezieniem na Wschód.
Moja rodzina nie należała do intelektualnej elity miasta. Ot, zwykli mieszczanie... Ale poczucie zagrożenia będzie jej towarzyszyć przez całą okupację sowiecką i niemiecką. Wkroczenie Niemców do Stanisławowa przyniosło zagładę polskiej inteligencji i społeczności żydowskiej. Babka ze zgrozą opowiadała o dochodzących z gmachu sądu na ulicy Bilińskiego odgłosach kaźni. Budynek ten stał się katownią NKWD, potem gestapo. Szczególnie utkwił mi w pamięci przywoływany przez Babkę obraz z wiosny 1942 roku, kiedy to nastąpiła likwidacja getta. Nad miastem – niby śnieg – unosiło się pierze z rozpruwanej pościeli. Niemcy szukali ukrytych kosztowności. A Żydów wywieziono, jak się potem okazało, do obozu w miasteczku Bełżec. Ten obraz pamięta wielu stanisławowiaków, którzy byli wtedy w mieście. Inne wspomnienie. Do mieszkania mojej Matki wpadają Niemcy. Szukają kogoś, przetrząsają sąsiednie domy. Matka próbuje niezdarnie ukryć pod bluzką zdjęcia męża w wojskowym mundurze. Na szczęście rewizja kończy się tylko brutalnym wydarciem przestraszonej kobiecie chowanych fotografii. Pamiątki podarte na strzępy lądują na podłodze.
Do wojennej biedy dołącza się lęk przed wychodzeniem z domu. Oto żandarm legitymuje grupę osób rozmawiających na sąsiednim podwórzu. Młody Żyd – o bardzo zresztą aryjskim wyglądzie - sąsiad Babki- zostaje przez niego zabrany. Godzina policyjna. Tylko ciotka Julia może poruszać się nocą po mieście. Pracuje jako kasjerka w restauracji. Nosi specjalną fosforyzującą broszkę, którą będę się bawić po latach. Okupacja niemiecka przynosi mojej Matce możliwość wyjazdu do Łęgu, pod Tarnów. Rodzina męża przygarnia odnalezioną synową. Czasem odwiedza ją Maria Dutkowa. W dokumentach jakie zachowały się po moich bliskich, odnajduję potwierdzenie, że w 1943 roku i na początku 1944 Babka wraz z siostrami przebywała w Stanisławowie. Moja rodzina zawsze była religijna, a wojenna groza szczególnie nakazywała szukać pociechy w religii. W październiku 43 Babka zostaje przyjęta do Arcybractwa Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa, a w styczniu 44 do Straży Honorowej Niepokalanego Serca Maryi. Niedługo po tym Babka wyjeżdża do córki i zięcia. A gdy front ogarnia Pokucie, nie ma już powrotu do Stanisławowa.
Mój ojciec choć nie należał do tych żołnierzy AK, którzy zamierzali kontynuować walkę, już wiosną 1945 roku opuszcza rodzinne strony. Rozpoczyna nowe życie w Gdańsku. Gdy sytuacja w mieście stabilizuje się sprowadza żonę i teściową. Prawdopodobnie w 1946 roku Julia i Agnieszka Nowakowskie decydują się na opuszczenie Stanisławowa. Jadą do dalekiego Gdańska, nad zimnym morzem. Połączą się z rodziną, jedyną jaka mają. W wagonach „repatriacyjnych” przywiozą nawet parę sprzętów: składane łóżko, komódkę, maszynę do szycia... Jak toczyło się życie w powojennym Gdańsku, to już jednak temat na inne opowiadanie.
Czesława Scheffs
Kontakt
1524651 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net