Adam Teneta

Pięć patronów i śmierć

Do was mówią te słowa. Do was wszystkich, całej ósemki. Stańcie w szeregu, tak jak stawaliście ponad trzydzieści lat temu na zbiórkach: Petrus, Ogonowski, Rowiński, Sawa, Bukowski, Chaczko, Kindrat i Niżnikiewicz. Nie padnie już niemiecka komenda. Nie macie hitlerowskich mundurów pomocniczej formacji najstraszliwszej konfraterni zbrodni „Geheime Staadt Polizei". Nic nosicie na czapkach siodlatych znaku trupiej główki. Nie podciągacie pasów wysłużonych „mosinów", nie wkładacie do kabur „parabelck". Ale chyba tamte dni dobrze pamiętacie, choć zegar dekadami lat mierzył wasz czas. Czas wolności, w którym szczęśliwie uniknęliście zapłacenia rachunku za  zbrodnie ludobójstwa.
Pamiętacie Stanisławów? I tamtejsze podręczne gestapowskie więzienie? Pamiętacie pierwsze kroki, które, jak tylko ogłoszono werbunek do formacji sami. z własnej, wolnej i nic przymuszonej woli czyniliście? Tak, tak: czerwiec 1941 rok. Przyszli oni, hitlerowcy. Ogłosili, że do „Wachmannschaftu" potrzeba im miejscowych ludzi. Takich, co tu wszystkich i wszystko znali, co wiedzieli jak się kto przez blisko dwa ostatnie lata na tych terenach zachowywał. Stawaliście przed Willi Mauerem mówiąc krótkie „ja". Po niemiecku „tak" - chcę służyć; po polsku - „j a" chcę być pomocny nowej władzy, której cele były od początku wszystkim dobrze znane: „wytępić Żydów, komunistów, Polaków, sterroryzować Ukraińców, zgnieść na frontowym zapleczu jakąkolwiek myśl o oporze". Hans Krilger, szef stanisławowskiego gestapo, pochwalił waszego wodza - dowódcę drużyn wartowniczych Mauera: „W krótkim czacie zebrałeś dobre towarzystwo! Wnet się nam tu przydadzą". I wnet zaczęli was przyuczać. Powoli, powolutku, krok po  kroku. Szliście od  wartowania do zabijania. Krótka to była droga. Pozbyliście się najpierw Jednego - zwykłych, ludzkich odruchów, takich, co mówią, że zgładzenie człowieka to nie zabicie uciążliwej muchy. A  szkolenie szło wam dobrze…
Wpierw pilnowaliście. Lepiej niż służbowe esesmańskie psy, wierniej; na wydzielonej przestrzeni więziennego dziedzińca urządzili wam szefowie zagrodę dla takich, którym poskąpiono miejsca pod dachem, dla Żydów. Spędzano ich z miasta, z okolicy. Jeżeli zebrały się dwie setki, meldowaliście, iż czas zrobić porządek. Tyle z trudem mieściło się w tamtej zagrodzie. Że niektórzy zimą zamarzali na śmierć? Cóż, nowi przychodzili na ich miejsce jeszcze szybciej niż bracia zdołali umierać. To wy formowaliście ostatnie pochody, które kończyły się zazwyczaj nad pojemnymi dolami wcześniej pedantycznie zgłębionymi w cmentarnej ziemi. To wy otaczaliście kordonem miejsce egzekucji, prowadziliście ich w drogę, z której nie było powrotu, krzyczeliście aby się szybciej rozbierali, piątkami podchodzili na skraj dołów, siadali na ich brzegu. Patrzyliście, z bronią gotową do strzału, na każdy ruch tych, którzy za chwilę mieli zginąć. Śledziliście czujnie i bacznie, czy nie chcą uciekać. Wyznaczono wam niezbyt miłą rolę: pomocnika kata - takiego, co przygotowuje ofiarę do egzekucji. To był dopiero początek.
Gestapowcy Kruger, Reis, Willi i Hans Mauerowie, czy Schott tymczasem gotowali do palby broń i czekali na boku, aż wy załatwicie sprawy „techniczne" - do nich należało wykończenie akcji. Oni byli katami. A że egzekucje urządzano często, że rozstrzeliwano setkami, czy tysiącami nawet - mogliście się opatrzeć i otępieć. Krew. co płynęła strugami, przestała na  was robić wrażenie. Taki był prolog. Czasem w scenariuszu zbrodni aranżerzy czynili zmiany. Zamiast dołu - szubienice, na które też prowadziliście skazanych, zamiast szubienic niekiedy słupek przed egzekucyjnym plutonem. Do tego słupka przywiązywaliście ofiary. Szliście krok po kroku. Aż wreszcie wasi opiekunowie uznali, że edukacja została już zakończona. Któraż to była pacyfikacja, kiedy po raz pierwszy włożono wam do rąk po pięć nabojów: „To musicie sami wystrzelać. Pięć patronów - pięciu ma zginąć". Taki wyznaczyli wam pierwszy kontyngent ofiar. Z nagonki awansowaliście do roli myśliwego. Gdzie to było? Może w Kałuszu, gdzie ścisłym, szczelnym kordonem otoczyliście miasto; może w Delatynie, albo w Dolinie? I strzelaliście ochoczo, bo pięć patronów to była tylko stawka minimum: „Więcej można, mniej - nie!". Raz, drugi, trzeci. I znów zmiana w bandyckim scenariuszu. Przypomnijcie sobie jesień czterdziestego drugiego, Chryp-lin, rzekę Bystrzycę. Tam była śluza, przestrzeń opróżniona z wody. Wpędziliście kilkuset 2ydów. Ilu - nikt dziś nie zliczy; wy sami też nie wiecie, ilu ich wtedy było. A potem na rozkaz otworzyliście zawory śluzy, by do miejsca, gdzie znajdowali się 1 u-d z i e wpłynęła woda. Patrzyliście - z palcami na cynglu - jak podnosi się lustro rzeki, sięga tamtym coraz wyżej 1 wyżej. Reagowaliście na każdą próbę ratunku; krótko, niczym automaty: broń do oka, sylwetka na muszkę („najlepiej w głowę" - tak was uczyli) i suchy odgłos strzału. Żywy z toni nikt nie wyszedł. Tym razem była to tania śmierć, ot kilka naboi. Resztę zrobiła woda i wasze ręce…
Petrus, pamiętasz, jak na więziennym dziedzińcu kazałeś ludziom skakać żabkę? Skakali więźniowie do utraty tchu, do  upadku w nieświadomość. Przywracałeś do przytomności sprawnie: biciem. A jak nie wstał? Szkoda zachodu: jeden strzał z pistoletu i koniec. Mówisz Petrus, że to nieprawda? A pamiętasz może Józefa Sznajdela? Nic ci nie mówi to nazwisko? To jego przecież zastrzeliłeś wtedy, przy tej popisowej, sportowo] żabce. Było jednak w tym Stanisławowie coraz goręcej. W jesieni 1942 wasi mistrzowie urządzili w miejskim teatrze publiczny pokazowy proces przeciwko Ukraińcom. 60 wyroków śmierci, egzekucje szubieniczne na oczach ludzi, których miało to strwożyć, zmusić do zaprzestania walki. Wieszano w różnych punktach miasta. Wieszano i na placu Mickiewicza. Nie jeden raz wiedliście ofiary ku szubienicom…
Stukał morderczy licznik: tu kilku, tam dziesiątki, ówdzie setki, czy tysiące ludzi. Współudział w zbrodni - nawet to „niewinne" konwojowanie, pilnowanie przy egzekucjach, nie mówiąc już o morderczych strzałach. Jest też zbrodnią! Wiecie o tym dobrze wszyscy razem, choć nie znacie może zbiorczych, strasznych liczb: w Stanisławowie, w województwie zginęło dokładnie 223.920 ludzi zgładzonych przez hitlerowców 1 ich pomocników. Kiedy od wschodu zbliżał się i z dnia na dzień narastał huk dział, gdy parła wyzwoleńcza ofensywa zorientowaliście się, że wasi panowie biorą lanie. Po cichu, jeden po drugim dezerterowaliście ze służby. Petrus przez Lwów trafił aż do Królewca. Inni rozbiegli się przyfrontowymi ścieżkami, czmychając byle dalej i szybciej od miejsc, gdzie was nazbyt dobrze znano, gdzie w archiwach 1 ludzkiej pamięci uwieczniły się wasze wyczyny.
Nadszedł nowy etap: przemiany w ludzi cichych, spokojnych, nikomu nie wadzących. Tamte, krwawe miesiące zamknęliście jak karty przeczytanej książki. Może wracały w snach? Może we wspomnieniach trapiły głosem ofiar i wizją przedagonalnej makabry? Wszak wtedy, w czterdziestym trzecim, czy czwartym byliście jeszcze młodzi: metryki mówiły, że macie po dwadzieścia kilka, czy niewiele ponad trzydzieści lat. Chcieliście żyć.
Żyliście. Rozrzuceni jak ziarna grochu po całej Polsce: Petrus - woźny w gorlickim technikum, Ogonowski - ślusarz mieszkający z siedmiorgiem dzieci w Bogatyni, Rowiński - technik elektryk z Gdańska-Oliwy, Sawa - kierownik szkoły w Bielinach w powiecie przysuskim (ach, jaką miał kryształową opinię!). Bukowski - ślusarz z Wołowa, Chaczko - stolarz z Tarczyna w powiecie Lwówek Śląski, Kindrat - cukiernik z tarnowskiego „Społem", Niżnikiewicz - zaopatrzeniowiec cieszyńskiego przedsiębiorstwa handlowego. Nie poznawał was długo nikt. Ot, zwykli, szarzy, stopieni z codziennym tłumem starsi panowie, żonaci, dzieciaci. Bogobojni i niewinni dopóty, dopóki wrocławska milicja nie zaczęła was zbierać razem, szukać po Polsce. Rozszyfrowywać pozmieniane pewne dane personalne, gromadzić dowody. Przypominać i rozliczać. Udowadniać. Pisać winy w  akcie oskarżenia.
W jaki sposób rozsiani po Polsce jak długa i szeroka trafiliście przed krakowski Sąd? Gdzie Stanisławów, Delatyn, Chryplin, czy Dolina, a gdzie miasto nad Wisłą? Z dziesiątek świadków waszych zbrodni najwięcej mieszka tu, w Krakowskiem. Inni właśnie do naszego miasta mają najlepsze połączenia komunikacyjne, najłatwiej będzie im przyjechać na wasz proces, by zaświadczyć prawdzie, by zdjąć z waszych twarzy maskę uczciwych, spokojnych I cichych, którzy myśleli, że tamto już jest za nimi; że spokojnie, bez sadu i wyroku dożyją swoich dni, chodząc codziennie do pracy, pielęgnując przydomowe o-gródki, a potem oczekując na listonosza z emeryckim przekazem, w latach, kiedy się już tylko niańczy wnuki…
Do was mówię te słowa: do wszystkich - całej ósemki. Stańcie tak, jak stawaliście ponad trzydzieści lat temu na zbiórkach gestapowskiej formacji: Petrus, Ogonowski, Rowiński, Sawa, Bukowski, Chaczko, Kindrat i Niżnikiewicz. Stańcie, bo wchodzi Sąd, przed którym odpowiecie za swe winy…
Kontakt
1756925 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net