Adam Jerzy Chowaniec

Czy UPA walczyła o niepodległość?

Pojawiają się publikacje, będące relacjami świadków ludobójstwa ludności polskiej przez nacjonalistów ukraińskich spod znaku UPA w latach wojny i po jej zakończeniu. Była nawet objazdowa wystawa obrazującą metody torturowania ofiar, zmierzające do długich męczarni przed śmiercią.
Zdecydowałem się powrócić do tej bolesnej tematyki, zdeterminowany dwoma przyczynami, tj. zderzeniem oczywistej prawdy, zawartej m.in. w pamiętniku Stanisława Jastrzębskiego pt. Oko w oko z banderowcami - z fałszem głoszonym obecnie na Ukrainie na temat UPA, zasługującej jakoby na pełne uznanie, skoro walczyła o niepodległość Ukrainy tylko z Niemcami i sowietami. Konsekwentnie zatem zaprzecza się jakiemukolwiek ludobójstwu Polaków. Autor tego pamiętnika, jeszcze jako 10-latek był świadkiem wielu okrucieństw w swojej rodzinnej wsi Bybło, leżącej w powiecie rohatyńskim, w północnej części województwa stanisławowskiego.
W tej pięknej miejscowości
żyli Polacy, Rusini i Żydzi - w zgodnych sąsiedzkich stosunkach, często w przyjaźni, a nawet nieraz powiązani węzłami rodzinnymi. Wszystko to, niemal błyskawicznie, zmieniły wydarzenia wojny niemiecko-polskiej. Do Rusinów dotarła wnet wroga propaganda ukraińskich nacjonalistów, rychło podchwycona przez duchownych z ambon cerkiewnych. Głoszono więc, że Rusini to Ukraińcy, Polacy i Żydzi uniemożliwiają zaś odzyskanie niepodległości Ukrainy. Przy niskim poziomie intelektualnym ludności wiejskiej głosy takie znalazły szybki oddźwięk. Rusini, już jako Ukraińcy, z miejsca stali się nieprzejednanymi wrogami Polaków i Żydów. Wrogość tę zwiększyło jeszcze nadejście wojsk sowieckich, z którymi ludność żydowska zaczęła od razu współpracować, zwłaszcza przeciwko Polakom. Kierowane na Polaków donosy przez Żydów i Ukraińców powodowały aresztowania, konfiskaty itd. Zaczęły się też napady na Polaków, początkowo indywidualne, później zbiorowe, przez utworzone bandy nacjonalistów ukraińskich. Życie polskich rodzin stało się coraz bardziej zagrożone, zwłaszcza że dochodziło do zabójstw. Autor wspomina, że apogeum zła wystąpiło z chwilą utworzenia dużej formacji zbrojnej pod nazwą Ukraińskiej Powstańczej Armii (w skrócie UPA). Członków jej zwano potocznie banderowcami, od nazwiska Stefana Bandery, przywódcy całego ruchu niepodległościowego Ukraińców. Trudno było pojąć bezprzykładną, zbrodniczą działalność banderowców. Raz po raz napadali we wsiach na polskie domy, pastwiąc się sadystycznie nad mieszkańcami, bez względu na ich wiek i płeć (ofiarami były niemowlęta, dzieci, dorośli i starcy). Na zakończenie tortur obcinano nieraz głowy. Niewątpliwie jakimś bodźcem dla banderowców było nierzadko poświęcanie przez wspomnianych duchownych narzędzi tortur i mordu. Przez cały czas dorosłego już życia autor nie potrafił zatrzeć w pamięci przeżywanej wtedy jako dziecko martyrologii naszego narodu. Haniebne działania bohaterów spod znaku UPA musiał więc utrwalić w pamiętniku, co w języku prawniczym określa się prawdą, całą prawdą i tylko prawdą. Stad też pamiętnik Stanisława Jastrzębskiego zasługuje na szeroką poczytność.
I oto druga przyczyna
powrotu myślami do dramaturgii sprzed ponad 60 lat. Ciężko uwierzyć, że władze ukraińskie dzisiaj patronują banderowcom, którzy organizują zjazdy międzynarodowe swoich byłych członków, defilady w tradycyjnych mundurach, jakieś rocznice itp. Podobno mają oni otrzymać nawet status kombatantów, bo walczyli o niepodległość. Niezbędne jest przypomnienie, że w rządowych rozmowach międzypaństwowych przed kilkoma laty strona polska wskazała ok. 150 tysięcy ofiar, które poniosły śmierć z rąk banderowców. Strona ukraińska zaprzeczyła temu twierdząc, że faktycznie były jakieś ofiary, lecz po obu stronach wśród ludności cywilnej, ale zaistniało to w toku walk banderowców z oddziałami partyzantów polskich. Czyżby tam utajniono przed władzami stan faktyczny? Uzasadnione jest poruszanie wewnętrznych spraw Ukrainy. Otóż mordercza działalność U PA miała miejsce jedynie na polskich terenach, tj. województw: wołyńskiego, tarnopolskiego, stanisławowskiego i lwowskiego, a później na zachodnich obszarach tegoż województwa - na Rzeszowszczyźnie. Wobec często kwestionowanej polskości tych terenów trzeba przypomnieć o administracyjnym podziale Polski, dokonanym przez Niemców po kampanii wrześniowej. Niemcy włączyli do swego państwa część naszych ziem zachodnich i północnych - jako niemieckie. Na pozostałym terenie utworzyli Generalne Gubernatorstwo, składające się z dystryktów. Po zajęciu w 1941 r. polskich ziem południowo-wschodnich utworzyli tam następny dystrykt - Galizien. Wszystkie tereny dystryktów określane jako niemieckie automatycznie oznaczały ich polskość. Określenie to powtarzano podczas okupacji przy każdej okazji, gdy coś odnosiło się do Polaków.
Wiadomo, że każda organizacja ma jakieś pierwociny. Źródłem powstania UPA, jej korzeniami, była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, w skrócie OUN. Początki jej w Polsce datują się od czasów przedwojennych. OUN miała tajne komórki, wspomagane przez wrogie nam ośrodki - w Czechosłowacji i Niemczech. Nacjonaliści OUN szerzyli wrogą agitację przeciwko Polsce, głosząc zarazem hasła walki o niepodległość Ukrainy. Pytanie, dlaczego ta „walka" miała odbywać się właśnie na terenie Polski? Dla zdobycia rozgłosu rozpoczęli dokonywanie spektakularnych morderstw. Ofiarą padł minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki, zastrzelony w Warszawie w roku 1934. Kolejne zabójstwo popełniono na Rusinie, pośle na sejm RP, o nazwisku Hołówko. Była to zemsta za jego „niesubordynację". Dalszymi ofiarami stali się oficerowie policji i kilku funkcjonariuszy.
Trzeba tu podkreślić, że nazwa Ukrainiec miała wówczas znaczenie pejoratywne i takiej nazwy używali jedynie nacjonaliści. Pozostała ludność nazywała się Rusinami. Była to nazwa oficjalna. Wielu Rusinów służyło w armii polskiej, brało udział w kampanii wrześniowej oraz otrzymywało odznaczenia bojowe. Istniał też pułk huculski, wchodzący w skład XI dywizji piechoty ze Stanisławowa.
Zgoła inaczej postępowali nacjonaliści. Już w sierpniu 1939 r. przyłączyli się do dywersantów, tzw. V kolumny, zaś podczas wojny ostrzeliwali polskich żołnierzy. Po kapitulacji naszych wojsk atakowali żołnierzy powracających z pola walki, mordując ich, celem zdobycia broni i wyładowania swojej nienawiści.
Tereny Polski Wschodniej,
zajęte przez Sowietów, stały się widownią zmasowanych ataków na społeczeństwo polskie, zarówno ze strony NKWD, jak i nacjonalistów OUN. Każdy działał tu odrębnie, ci ostatni byli najbardziej agresywni na terenach wiejskich (wspomina o tym autor omawianego pamiętnika). Po kolejnym zajęciu przez armię niemiecką naszych terenów w 1941 r. nastąpiła pełna kolaboracja nacjonalistów ukraińskich z władzami niemieckimi, pod kątem wspólnej eksterminacji ludności polskiej. Czynnie uczestniczyła w tym utworzona policja ukraińska. OUN przekazywała do gestapo dokładnie opracowane, imienne spisy i adresy przedstawicieli najwyższych grup inteligencji polskiej. Nie minęło wiele dni od wejścia Niemców do Lwowa jak na Wzgórzach Wuleckich odbyła się egzekucja ponad 20 znanych uczonych (niektórych wraz z synami). Nie ma wątpliwości, kto „doradzał", kogo w pierwszym rzędzie należy rozstrzelać. Dokonał tego niemiecko-ukraiński batalion „Nachtigall". Kolejna egzekucja, tym razem ponad 200 przedstawicieli inteligencji stanisławowskiej, odbyła się niebawem w Czarnym Lesie pod Stanisławowem. Najliczniejszą grupę stanowili nauczyciele szkół wszystkich typów. Morderstwa te stanowiły niepowetowane straty i nie były odosobnione.
W tym eksterminacyjnym działaniu nadszedł rok 1943 - rok istotnych wydarzeń. Na froncie wschodnim zaznaczyła się coraz większa przewaga armii sowieckiej, po klęsce VI armii niemieckiej pod Stalingradem oraz klęsce w największej bitwie pancernej - pod Kurskiem. Niemcy wycofywali się na „z góry upatrzone pozycje". W tym też roku odbyła się w Teheranie konferencja trzech mocarstw. Oficjalnie dotyczyła dalszego przebiegu wojny, ale niedwuznacznie wskazywała, kto w przyszłości będzie dominował na Wschodzie. Wydarzenia te nie rokowały - przynajmniej w najbliższych latach - odzyskania niepodległości przez Ukrainę. Na przekór tym faktom właśnie w tymże roku 1943 Ukraińcy rozbudowali organizacje niepodległościowe.
Na czele stała Ukraińska Główna Rada Wyzwoleńcza pod kierownictwem Stefana Bandery. Podlegał mu bezpośrednio Roman Szuchewycz (pseudonim Tarasa Czupryn-ki), będący równocześnie naczelnym dowódcą Ukraińskiej Powstańczej Armii. Kolejnym szczeblem w tej hierarchii UPA był Główny Sztab Wojskowy, poniżej zaś - Wojskowe Sztaby Krajowe, oddzielne dla formacji UPA, rozlokowanych w poszczególnych naszych województwach. Były więc: UPA-północ -wołyńskie, UPA-wschód - podolskie, UPA - zachód - stanisławowskie i lwowskie oraz UPA-zakierzoński kraj, tj. Rzeszowszczyzna. Tym ostatnim rejonem dowodził Myrosław Onyszkewycz (pseud. Orest i in.). UPA dzieliła się: na kuriny (bataliony), sotnie (kompanie), czoty (plutony) i roje (drużyny). Ilość tych pododdziałów w każdym kurinie była różna. Polityczną stroną UPA kierował Krajowy Prowidnyk, któremu podlegali prowidnycy niższych szczebli. Nie sposób odgadnąć, na co liczyło wówczas kierownictwo tak dużej organizacji zbrojnej. A przecież znajdowali się tam także ludzie posiadający odpowiedni poziom znajomości problematyki politycznej i światowej. Jeżeli np. liczyli na wybuch III wojny światowej, to takie nadzieje rozwiała identyczna jak w Teheranie konferencja jałtańska trzech mocarstw w roku 1945, oddająca po wojnie sowietom dominację nad całą Europą wschodnią, co było równoznaczne z końcem marzeń o niepodległości Ukrainy. Tym bardziej niedorzeczna była ścisła kolaboracja z Niemcami, pomimo kilku wspólnych celów, a to walki z partyzantką sowiecką (a także z Gwardią Ludową) oraz z nielicznymi zresztą oddziałami polskimi. Ciekawostką była ochotnicza służba w partyzantce sowieckiej wielu Ukraińców. Jednakże szczytem wiernopoddaństwa Niemcom było utworzenie w 1943 r. ukraińskiej dywizji SS Galizien, wchodzącej w skład korpusów wojskowo-policyjnych SS. Formacje te uznane były podczas wojny za najbardziej brutalne wobec jeńców i ludności cywilnej. Prawdopodobnie nacjonaliści ukraińscy próbowali zapomnieć, że właśnie formacje SS w roku 1941 na zajętych terenach masowo eksterminowały ludność ukraińską. Ta dywizja ukraińska została rozbita przez sowietów w bitwie pod Równem w 1944 roku. Resztki jej włączyły się wraz z banderowcami do ludobójstwa ludności polskiej, pozostali zaś uciekli z Niemcami na zachód.
Z kolei odpowiedzi wymaga, jak ustosunkowywali się Niemcy do UPA i w ogóle do nacjonalizmu ukraińskiego. Istnieją dowody na brak zaufania. Niewątpliwie Niemcy orientowali się, jak niski poziom umysłowy cechuje banderowców, czego m.in. przykładem były stosowane przez nich okrucieństwa przewyższające nawet metody tortur stosowanych przez gestapo. Nie pozwalano działać banderowcom w miejscach, gdzie stacjonowały jakieś jednostki niemieckie. Znane są też przypadki aresztowania banderowców, a nawet ich rozstrzeliwania. Fakt taki miał miejsce w Stanisławowie przy pi. Mickiewicza. Była to podobno kara za jakieś rabunki, nb. z reguły dokonywane przez banderowców w trakcie napadów.
Bezlitośnie mordowanej przez banderowców ludności polskiej usiłowały bronić, lecz tylko w granicach swoich możliwości, oddziały polskie AK i Samoobrony. Były one mniej liczebne niż UPA, nie miały takiego uzbrojenia i co równie ważne - nie posiadały prawie żadnego zaplecza, chociażby żywieniowego, skoro ludność polska była systematycznie obrabowywana, także przez ukraińskich sąsiadów. Większą formację stanowiła Wołyńska Dywizja AK. Określenie „dywizja" nie odpowiadało w pełni temu pojęciu wojskowemu, gdyż była znacznie mniej liczebna i bez typowego uzbrojenia.
Wszystkie te braki polskich jednostek
nadrabiane były bezgranicznym bohaterstwem i poświęceniem w obronie Rodaków. Przeciwko sobie miały one: UPA, Niemców, partyzantów sowieckich wraz z Gwardią Ludową. Czy w tej sytuacji były w stanie zapobiec masowym morderstwom? Niezależnie od nierównych szans w starciach z wrogami oddziały polskie unikały ich w pobliżu siedzib polskich czy ukraińskich. Nie można jednak zaprzeczyć, że w kilku przypadkach na przestrzeni całego okresu wojny były ofiary wśród ludności ukraińskiej. Zaistniały one w wyniku nieudanych zasadzek banderowców, ukrytych w domach ukraińskich. Po ich wykryciu otwierali ogień do akowców, co doprowadzało do obustronnej wymiany ognia, i w rezultacie - do ofiar. Strona ukraińska wspomina obecnie podobno o kilkuset ofiarach. Jeżeli nawet liczba ta nie jest zawyżana, to i tak nie pozostaje w żadnej proporcji do ofiar po stronie polskiej. Poza tymi przypadkami oddziały polskie nie atakowały ludności ukraińskiej, chociażby i dlatego, by nie powodować późniejszej ich zemsty na Polakach.
Czaszki ok. 2000 Polaków zamordowanych
we wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka
(pow. Lubomi na Wołyniu)
Na stosunek tej ludności do Polaków decydujący wpływ miała wciąż agitacja nacjonalistów ukraińskich, ogarniętych opętańczą wręcz nienawiścią do wszystkiego co polskie. Niejeden raz wtórowały temu i słowa niektórych duchownych z ambon cerkiewnych. Nacjonaliści szermowali hasłami, że jeden Polak zabity to jeden metr niepodległości Ukrainy oraz że każde dziecko polskie to gadzina, którą trzeba ubić... Nic dziwnego, że takie hasła ściśle realizowali banderowcy, pozbawieni podstawowych zasad człowieczeństwa. Z tych przyczyn i oni sami narażali się ludności ukraińskiej, gdy bez zgody konfiskowali zbyt wiele żywności, żywy inwentarz, lub też uzupełniali swoje szeregi tamtejszymi ludźmi.
Postępowanie banderowców szczególnie okrutne było w odniesieniu do małżeństw mieszanych, tj. polsko-ukraińskich. Banderowcy sami mordowali współmałżonka narodowości polskiej albo kazali to uczynić współmałżonkowi narodowości ukraińskiej, grożąc, że w przeciwnym przypadku zamordują ich dzieci względnie innych członków najbliższej rodziny - Ukraińców. Po takich „pouczających zabiegach" banderowców wrogami ich stawały się osoby poszkodowane, automatycznie zmieniając swój stosunek do Polaków. Naturalnie nie stanowiło to czegoś wyjątkowego. Bywały też jednak przypadki, że ktoś z mieszkańców ukraińskich po odejściu banderowców zabijał odkrytego gdzieś Polaka, nawet dziecko.
Wśród nacjonalistów ukraińskich nie było jednolitych poglądów w sprawach polskich. Jedni akceptowali brutalność i terroryzm, inni zaś - zwłaszcza zamieszkali w aglomeracjach miejskich - niejednokrotnie byli bardziej powściągliwi. Jeszcze inni, nie bacząc na osobiste zagrożenia, ostrzegali np. przed aresztowaniem przez policję ukraińską lub jeszcze przed czymś gorszym, a nawet ukrywali osoby zagrożone. Takie przypadki nie należały do wyjątków. O tym z wdzięcznością należy pamiętać. OUN potrafiła być bezlitosna także dla własnych obywateli, uznanych za „zdrajców".
Tymczasem niekorzystna stawała się dla nacjonalistów sytuacja na froncie wschodnim. Przesuwał się on już do granic dzisiejszej Polski. Zapewne obawa przed spotkaniem z armią sowiecką spowodowała około połowy 1944 r. przemieszczenie sporych sił UPA na Rzeszowszczyznę - 7 kurinów, w tym 17 sotni, łącznie ponad 2500 ludzi, z tendencją do dalszego zwiększania liczebności poprzez zasilanie szeregów ludnością miejscową (Ukraińcami i Łemkami). Zgodnie z instrukcją UPA, ludność ukraińska miała obowiązek udzielania banderowcom wszechstronnej pomocy w zakresie wyżej już wspomnianym. Zatem i w tych rejonach powtarzał się identyczny scenariusz, z częściej jeszcze zdarzającymi się osobistymi tragediami małżeństw mieszanych.
Banderowy mieli na tej ziemi najkorzystniejsze - w porównaniu z dotychczasowymi - warunki do realizacji ostatniego etapu kilkuletniego ludobójstwa. Górski, zalesiony teren, zwłaszcza Bieszczad, z utrudnionym nieraz dostępem szczególnie ciężkiego sprzętu wojskowego, umożliwiał banderowcom bezpieczne działania, a w razie potrzeby krycie się w górach i wśród swoich rodaków. Przewidując interwencje wojska, wykopali podziemne kryjówki i bunkry, minując tereny w najbardziej nieprzewidywalnych miejscach. Wijące się wśród wzgórz drogi sprzyjały zasadzkom, z których chętnie korzystano. Bezkarność tych band trwała ponad dwa lata. Nieliczne posterunki milicji i jednostki wojska raczej musiały same się bronić, aniżeli bronić ludności. Dziwna była zaiste bierna postawa władz w ciągu całego tego okresu. Krążyły pogłoski o rzekomej chęci Kremla przesunięcia granicy ZSRR właśnie na te tereny.
Wreszcie coś się zmieniło: w kwietniu 1947 r. śmierć pod Baligrodem gen. Świerczewskiego pod kulami sotni krwawego Hry-nia zainicjowała ogromne działania wojska i organów bezpieki pod kryptonimem akcji „Wisła". Wkrótce jednak okazało się, że nawet te siły wojska nie bardzo mogą sobie poradzić z likwidacją band, które - co najważniejsze - miały doskonale zorganizowaną współpracę z miejscową ludnością. Stąd więc malały szanse pełnego zakończenia walk. Tym samym byłyby kolejne ofiary wśród ludności, nie tylko polskiej, gdyż w lesistym terenie trudno było odróżnić banderowców od cywilów, a banderowcy chętnie - jak zawsze - lubili kryć się wśród nich.
Jedynym słusznym, bezspornym rozwiązaniem, gwarantującym uniknięcie dalszych strat wśród ludności i wojska, okazało się przesiedlenie ludności, co pozbawiło banderowców możliwości prowadzenia nadal walk z powodu braku zaopatrzenia: żywnościowego, kwaterunkowego i kadrowego. Nie wszyscy przesiedleńcy okazywali niezadowolenie. Wielu z nich wolało tym sposobem zerwać kontakty z banderowcami, którzy brutalnie egzekwowali własne potrzeby. Brak możliwości dalszego działania zmusił banderowców do ucieczki, i to w różnych kierunkach. Ci, którzy przedostali się na Wschód, na ogół wpadali w ręce NKWD, ci zaś, którzy chcieli pozostać w kraju, w większości zostali aresztowani. Niektórym udało się uciec za granicę, na Zachód, i tam, z wcześniejszymi jeszcze uciekinierami (którzy ewakuowali się z Niemcami) osiedlili się później w Anglii i Kanadzie. U nas w kraju pozostały jeszcze punkty kontaktowe OUN-UPA, lecz i te po jakimś czasie zlikwidowały organa bezpieczeństwa. Tak oto przedstawiała się rzekoma walka UPA o niepodległość - bo ani z Niemcami, ani z Sowietami (nie licząc utarczek z partyzantką sowiecką).
Nie przypadkiem starałem się
dość dokładnie przedstawić ostatnie działania UPA i akcję „Wisła" oraz przyczyny przesiedlenia ludności ukraińskiej. Obecnie bowiem potępia się oficjalnie tę akcję, a szczególnie przesiedlenia. Mówi się więc o samym fakcie przesiedlenia, z pominięciem istotnych jego przyczyn. Nadmieniam, że wszystkie informacje dotyczące omawianej akcji uzyskałem - po latach - od przedwojennego kapitana Wojska Polskiego, ponownie zmobilizowanego i uczestniczącego w tejże akcji. Później wraz z innymi oficerami aresztowano go pod zarzutami: „agenta imperializmu" i „wroga socjalizmu". Aresztowanie i zarzuty dowodzą bezspornie jego wiarygodności i patriotyzmu, a był dobrym moim znajomym.
W kontekście minionych lat i likwidacji - na terenie Polski - upiornej UPA pamięć o jej ofiarach i należny im hołd winny mieć właściwy, trwały charakter. Tam daleko, na utraconych ziemiach Rzeczypospolitej, pozostały na zawsze tysiące okaleczonych zwłok naszych rodaków. Zapewne nieznanych jest już dzisiaj wiele mogił, często zbiorowych - dzieci, kobiet i mężczyzn. Nie znamy też na ogół nazwisk, ale ich dusze proszą o pamięć, bo zginęli za Polskę.
A jak z tą pamięcią jest obecnie? Powojenne pokolenia, zwłaszcza najmłodsze, przeważnie koncentrują swoje zainteresowania na teraźniejszości. Wydarzenia wojenne oraz ten jeden z najtragiczniejszych rozdziałów naszej historii - ludobójstwo, wspomina się raczej okazjonalnie. Dokładnie opracowane wydawnictwa i wygłaszane prelekcje stanowią zarówno zachętę, jak i przypomnienie patriotycznego obowiązku przybliżenia tragicznych faktów. Celowe byłoby też wizualne uczczenie ofiar, np. nazwami ulic czy placów, nie mówiąc już o pomnikach. Przemawia za tym jeszcze jeden argument, a to honorowanie UPA na Ukrainie, bo walczyła o niepodległość. Jeżeli więc gdzieś tak wyróżnia się katów - tym bardziej należy czcić ich ofiary.
Kierujmy się prawdą, że naród, który zapomina o swojej chlubnej i czasem tragicznej przeszłości - nie jest wart przyszłości! A naród polski ma wiele do zapamiętania…

Sprostowanie

Napisała do nas ze Lwowa p. Jadwiga Jamroz. Jej list odnosi się do artykułu p. A.J. Chowańca zamieszczonego w CL 3/07, pt. „Czy UPA walczyła o niepodległość”, gdzie autor określa Tadeusza Hołówkę, zamordowanego w 1931 r. przez nacjonalistów ukraińskich, jako Rusina. Pani Jadwiga traktuje to jako poważny błąd i wyjaśnia w oparciu o przedwojenne źródła. Cytujemy odnośne fragmenty listu:
[…] Tadeusz Hołówko nie był ani Rusinem, ani Ukraińcem, ponieważ był Polakiem, urodzonym z rodziców Polaków, zesłanych na Sybir. Ojciec Tadeusza, Wacław Hołówko, pochodził z Nowogródczyzny, ze szlachty ziemiańskiej, a za udział w powstaniu 1863 roku został zesłany na Sybir. Ponieważ zesłańcy (nie katorżnicy) mogli przemieszczać się na azjatyckich terenach Rosji stosunkowo swobodnie, po pewnym czasie Wacław Hołówko przeniósł się na południe, do Semipałatyńska (dziś republika Kazachstan), gdzie ożenił się z Polką i gdzie w 1889 roku przyszedł na świat syn Tadeusz. Po paru latach rodzice wraz z dwuletnim Tadeuszem przenieśli się do Dżarkentu nad granicą chińską, u stóp Tiań-Szaniu. Tadeusz skończył gimnazjum, pojechał do Petersburga, gdzie zapisał się na uniwersytet.
Nie mam zamiaru pisać życiorysu Tadeusza Hołówki, pisano o nim przede mną. W każdym razie był to w międzywojennym dwudziestoleciu znany działacz i publicysta, autor dwóch autobiograficznych książek: Przez kraj czerwonego caratu i Przez dwa fronty, a także innych. Chcę tylko podkreślić paradoksalny związek między jego postawą polityczną i śmiercią z rąk OUN-owców. Hołówko był zwolennikiem i rzecznikiem porozumienia władz polskich z Ukraińcami, w każdym razie z nacjonalistami. A Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) nie chciała tego porozumienia, chciała walki zbrojnej. Hołówko […] był działaczem, znanym w kołach zarówno polskich, jak i ukraińskich, był posłem na Sejm […]. Gdy wyjechał na kurację do Truskawca dla poratowania nadwerężonego zdrowia (cierpiał na myocarditis), dosięgła go kula z rąk, z których najmniej mógł się jej spodziewać. Pisał o tym obszerniej Wincenty Rzymowski w swej książce W walce i burzy – Tadeusz Hołówko na tle epoki (W-wa 1933). […]
Kontakt
1118598 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net