Julian Piotrowski

Urywki wspomnień kombatanckich - ze Stanisławowa do Wrocławia przez Afrykę i Powstanie Warszawskie

W grodzie Rewery do 1939 r. Urodziłem się w 1920 r. w Mariampolu nad Dniestrem. Przeprowadzka rodziców (ojciec - Józef, matka - Maria) do Stanisławowa, wówczas miasta wojewódzkiego (w 1939 r. - 69 tys. mieszkańców), związała mnie Z grodem Rewery Potockiego. Uczęszczałem do Gimnazjum Humanistycznego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Poza nauką należałem do harcerstwa oraz grałem w piłkę nożną w WCKS "Rewera". Wychowywałem się na Trylogii Sienkiewicza i jeszcze dziś w mojej pamięci zachowała się scena Z zakończenia Pana Wołodyjowskiego opisująca pogrzeb małego rycerza w kolegiacie stanisławowskiej. i brzmi mi w uszach warczenie bębna księdza Kamińskiego i jego dramatyczne wołanie: "Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! Wojna, nieprzyjaciel w granicach!".
Po zdaniu matury w maju 1938 r. zostałem powołany na Kurs Podchorążych 11 Karpackiej Dywizji Piechoty w Stanisławowie, który ukończyłem w stopniu kpr. podchorążego, w lipcu 1939 r. Wybuch wojny Z Niemcami zastał mnie na praktyce w 48 Pułku Piechoty Strzelców Karpackich. w Ośrodku Zapasowym w Stryju oczekiwaliśmy na dozbrojenie i skierowanie na front. Nie doszło do tego na skutek zdradzieckiego wkroczenia w dniu 17 września 1939 r. wojsk sowieckich na wschodnie ziemie Rzeczypospolitej. Te tragiczne dni września zachowały się w mojej pamięci detonacjami bomb hitlerowskich Stukasów, krwią i łzami ofiar agresji oraz rozstaniem Z rodziną. Wraz Z oddziałem 48 PP przekroczyłem w nocy Z 17 na 18 września granicę węgierską i zostałem internowany.
Z Brygadą Karpacką na Bliskim Wschodzie. Przebywałem na Węgrzech między innymi w obozach w Esztargom n. Dunajem, Siklos-var i innych. Po kilku bezowocnych próbach dopiero wiosną 1941 r. udało mi się wraz Z grupą innych Polaków przekroczyć granicę jugosławianską w rejonie miasta Barcz. Drogą przez Zagrzeb, Belgrad, Wranje dotarłem do Salonik w Grecji, a następnie do Stambułu, skąd pociągiem przez całą Turcję jechałem do portu Mersin. Statek egipski dowiózł nas do Hajfy w Palestynie (dzisiejszy Izrael). Kilka dni później byłem już w Ośrodku Zapasowym Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich w miejscowości Latrun (niedaleko biblijnego Emaus). w trakcie służby w SBSK, pod dowództwem gen. Stanisława Kopańskiego, miałem okazję poznać całą Ziemię Świętą, pielgrzymować i modlić się w miejscach życia i śmierci Chrystusa, między innymi w Betlejem, Nazarecie, Jerozolimie.
W Brygadzie Karpackiej otrzymałem przydział do 3 kompanii 1 baonu piechoty. Jako dowódca drużyny brałem udział, pod dowództwem kpt. S. Trondowskiego, w walkach na Pustyni Libijskiej w obronie Tobruku (18 sierpnia - 10 grudnia 1941 r.) oraz w bitwie pod Gazala w dniach 15-16 grudnia 1941 r.
Angielski pisarz A. Clifford w książce pt. Three against Rommel za decydujący rozdział drugiej kampanii libijskiej uzna bitwę pod Gazala. Było to pierwsze pełne zwycięstwo jednostki polskiej po wrześniu 1939 r. Dzięki temu zwycięstwu wojska brytyjskie odparły włosko-niemieckie do granic Cyrenajki.
Warunki ponadrocznej służby żołnierskiej w Afryce były nad wyraz trudne. Dawały się we znaki: żar Z nieba, burze piaskowe i niedostatek wody (szczególnie słodkiej, do picia) oraz jednostajne, zimne, konserwowe posiłki Z sucharami, a także wyczerpujące, nieustanne napięcie - ostrzeliwanie oraz nocne patrole i wypady, również plaga pcheł i osławione szczury Tobruku, a nadto tęsknota i obawy o los bliskich w kraju.
W drugiej połowie marca 1942 r. Brygada Karpacka została wycofana Z Libii i drogą przez Egipt, Palestynę, Jordanię dotarła do Iraku. w tym okresie ewakuowane Z ZSRR przez Persję (Iran) oddziały Armii Polskiej, pod dowództwem gen. Władysława Andersa, znalazły się w płn.-zach. części Iraku, w rejonie Kirkutu i Mosulu. Brygada przeformowana w 3 Dywizję Strzelców Karpackich weszła w skład organizującego się 2 Korpusu Polskiego.
Tam w Iraku jako dowódca plutonu, już w stopniu podporucznika, przyjąłem propozycję podjęcia dalszej walki o wolność Polski na terenie okupowanego kraju.
Liberatorem do powstańczej Warszawy. Pod koniec 1943 r. wraz Z grupą podobnych ochotników znalazłem się na południu Włoch. w zakonspirowanym ośrodku szkoleniowym Oddziału VI Naczelnego Wodza w Ostuni przeszedłem szkolenie podobne do szkolenia komandosów. Walka wręcz, posługiwanie się nożem, minerstwo, dywersja, znajomość różnej broni, szczególnie niemieckiej, strzelanie, łączność itp. Wykonywanie różnych zadań, nawet w stanie po spożyciu alkoholu, w warunkach zagrożenia, w zespołach i pojedynczo, często nocą. Także szkolenie spadochronowe, najpierw sprawnościowe, a następnie Z samolotu. Po siedmiu skokach, w tym jednym nocą, otrzymałem odznakę spadochroniarza. Na jej odwrocie wyryto nr 4447 i niżej napis: "Tobie Ojczyzno". w ten sposób Z żołnierzy regularnej armii przeobleczono nas w konspiratorów-cywili.
Miałem być - i taki stworzyłem życiorys - robotnikiem ogrodu na Czerniakowie w Warszawie, o nazwisku Biodrowski, o pseudonimie "Rewera". Jestem zatem jednym Z 316 spadochroniarzy AK - cichociemnych, któremu dane było skakać i walczyć w okupowanym kraju.
Moja ekipa liczyła sześciu cichociemnych i jako jedyna ze wszystkich operacji spadochronowych w latach 1941-1944 odbyła 4 loty do kraju. Pierwsze 3 loty na czteromotorowym Halifaksie zakończyły się niepowodzeniem. Dopiero czwarty lot, czteromotorowym Liberatorem, zakończył się pomyślnie.
Wystartowaliśmy w dniu 30 lipca 1944 r. o godz. 19.00 Z lotniska włoskiego Brindisi. Lecieliśmy ponad
Adriatykiem, Jugosławią, Węgrami. Przeskoczyliśmy Tatry, a następnie wzdłuż Wisły dostaliśmy się w rejon Warszawy. Samolot kołuje i odnajduje placówkę AK. Wymiana sygnałów. Action station - go, go, go …, skaczą wszyscy. Lądowanie nastąpiło 31 lipca około godz. 1 w nocy, w odległości 7 km na południe od Grodziska Mazowieckiego, w pobliżu majątku Osowiec, na placówce "Solnica".
Dnia 1 sierpnia ok. godz. 14 cała nasza ekipa dotarła na umówioną melinę w Warszawie, przy ul. Natolińskiej 6. Nasza "ciotka", p. Stefania Dowgiełło - ps. "Stefa", poinformowała nas, że przybyliśmy w ostatnim momencie. Z ulicy słychać było pospieszne, pojedyncze strzały. o godz. 17 rozpoczęła się od dawna oczekiwana walka Z Niemcami. POWSTANIE!
Otrzymałem przydział na odcinek taktyczny "Topór", na stanowisko adiutanta dowódcy ppłk. Jacka Bętkowskiego, w podobwodzie Śródmieście-Południe. Wykonywałem też obowiązki oficera operacyjnego odcinka. Brałem zatem udział w organizacji, obronie i walkach rejonu ulic: Wspólnej i Emilii Plater oraz gmachów Politechniki. Potem walki na Noakowskiego, ponownie na Plater i Poznańskiej. Wreszcie bezskuteczne ataki w celu zlikwidowania niemieckiej obrony w gmachu Urzędu Telekomunikacji na Nowogrodzkiej.
Z tamtych powstańczych dni utkwiły mi w pamięci euforia i entuzjazm pierwszego okresu walk. Walk o każdy dom, barykadę. Powszechne poświęcenie aż do samozaparcia, mimo ofiar, cierpień i łez. w miarę upływu czasu, skoro nierealna stawała się daleka pomoc Z Zachodu, a oczekiwane i tak bliskie wsparcie walk ze Wschodu również nie nadchodziło - pozostały determinacja oraz chęć przetrwania i przeżycia. Po 63 dniach krwawych walk i niezliczonych ofiar Powstanie upadło. Nastąpiła kapitulacja.
Wraz Z moim dowódcą płk. "Toporem" dostałem się do niewoli niemieckiej. Ożarów, Kostrzyn, Sandbostal i Munau - jeniecka droga. Wyzwolenie przyniosły czołgi 3 Armii amerykańskiej gen. Pattona - 20 kwietnia 1945 r. Po ujawnieniu skierowany zostałem do Anglii.
W Londynie złożyłem sprawozdanie w Sztabie Naczelnego Wodza o moim działaniu w Powstaniu Warszawskim. Podjąłem następnie studia ekonomiczne na Uniwersytecie Londyńskim. Próbowałem odszukać rodziców w kraju. Jednocześnie, jako były tobrukczyk, starałem się o ewentualny wyjazd do Australii. Wreszcie w 1948 r. poprzez wujka w Brnie (Czechosłowacja) dostałem adres matki we Wrocławiu. Zdecydowałem się na powrót do Polski.
W polskim Wrocławiu. do Wrocławia przyjechałem 29 października 1948 r.; trwała jeszcze Wystawa Ziem Odzyskanych. Zamieszkałem w domu matki na Karłowicach. Okazało się, że ojciec mój nie żyje już od 1940 r., a bracia Mieczysław i Zbigniew przeszli szlak bojowy Z 1 i 2 Armią Wojska Polskiego. Wrocław, mimo zniszczeń wojennych, robił dobre wrażenie. Dużo zieleni, mnóstwo mostów i kościołów. Ludzie pełni żywotności i serdeczności. Wielu mieszkańców wywodziło się Z dawnych kresów wschodnich, ze Lwowa, Stanisławowa, Tarnopola.
Podjąłem pracę w budownictwie, w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym przy ul. Zapolskiej, róg
Świerczewskiego. w tym przedsiębiorstwie (po zmianie nazwy - Zjednoczenie Budownictwa Przemysłowego nr 1, a później WPBP nr 1) spotkałem mego przyjaciela, też cichociemnego, inż. Zbigniewa Specylaka, ps. "Tur". Od 1971 r. przeszedłem do pracy w Zjednoczeniu Budownictwa Przemysłowego "Zachód", a następnie do czasu 1981 we WPBP nr 2.
W 1950 r. zawarłem związek małżeński ze Stanisławą Z domu Wesołowską, pracownikiem PKP, nb. pierwszą poznaną Polką po powrocie do kraju, do tego stanisławowianką. Wraz Z żoną w 1967 r. ukończyliśmy studia na Wydziale Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Wrocławskiego. Córka Mirosława i syn Jerzy zostali absolwentami Politechniki Wrocławskiej.
W tym, zdawałoby się uporządkowanym, nowym życiu następują przykre przerywniki. Z początkiem 1950 r. zostaję wezwany do Rejonowej Komendy Uzupełnień we Wrocławiu, gdzie "zweryfikowano" mi mój stopień - porucznika rezerwy na szeregowca. Moje odwołanie nie dało żadnego efektu. Dopiero w 1985 r. przywrócono mi stopień porucznika. Rok później mam Z kolei możność zapoznania się Z metodami pracy Urzędu Bezpieczeństwa PRL. Następują przesłuchania i przetrzymania. Coraz częściej padają pytania dotyczące mego powrotu do kraju. Kto was wysłał i w jakim celu? Nazwiska, pseudonimy i adresy waszych kolegów i znajomych? Straszenie i nakłanianie do współpracy. Nie mogę się załamać, muszę wytrzymać - powtarzam sobie. Przez Z górą 3 lata żyję jakby na uboczu. Wsparcie znajduję u żony i rodziny. Czekam na inne czasy. Wierzę, że takie nadejdą.
Skupiam się na pracy i życiu rodzinnym. Rodzina się powiększyła. Życie umila mi czwórka wnuków: Tomek i Ania oraz Darek i Jacek - doskonale zorientowani w wojennych przygodach swojego dziadzia.
Pełnię szereg funkcji kierowniczych w budownictwie. Od 1956 r. działam aktywnie w Związku Zawodowym Budowlanych oraz w Polskim Związku Działkowców. Nie wstępuję do żadnej organizacji politycznej. Uczestniczę natomiast w życiu sportowym Wrocławia, między innymi w KS "Ślęza", i kibicuję WKS "Śląsk".
Od kilku lat jestem na tzw. zasłużonej emeryturze. Należę i biorę udział w działalności dwóch organizacji kombatanckich: Krajowego Stowarzyszenia Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie oraz Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Tradycyjnie już uczestniczę w corocznych spotkaniach modlitewnych: 18 maja w kościele św. Wojciecha we Wrocławiu, w rocznicę bitwy pod Monte Cassino, oraz 15 lutego w kościele św. Jacka w Warszawie, W rocznicę pierwszego skoku spadochronowego do okupowanego kraju.
Kontakt
1756909 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net