Rozstanie z Bukaczowcami,

czyli słów kilka o historii najnowszej TAMTEJ ziemi


Pozostałe artykuły związane z Bukaczowcami
Przyjmuje1 się, że na wschodnich terenach Polski zajętych we wrześniu 1939r. przez Armię Czerwoną, mieszkało ok. 5,7 mln. ludności polskiej, po wybuchu II wojny światowej przybyło na te tereny ok. 300 tys. ludzi z centralnych regionów Polski. Z tej liczby 1,2mln zostało wywiezionych w głąb Związku Radzieckiego, około 700 tys. zostało wymordowanych w czasie okupacji hitlerowskiej przez wojska niemieckie i nacjonalistów ukraińskich, a wiele2 rodzin opuściło te ziemie uciekając przed nacjonalistami z UPA.
(…) Mieszkańcy Kresów Wschodnich3 Rzeczypospolitej, którym dane było przeżyć trzy okupacje w ciągu niespełna pięciu lat, stanęli wobec problemu konieczności opuszczenia – wbrew własnej woli – ziem ojczystych. Najpierw4 zdziesiątkowani sowieckimi zsyłkami w głąb ZSRR, potem prześladowani w najstraszliwszy sposób przez ukraińskie bandy. Nielicznym, którzy przetrwali, pozwalano zostać pod jednym wszakże warunkiem: przyjęcia obywatelstwa rosyjskiego. Tak więc, praktycznie nie mieli żadnego wyboru.
***
Wysiedlenia i losy Polaków z Bukaczowiec i okolicy. Omówienie ankiety przeprowadzonej wśród czytelników Biuletynu Bukaczowieckiego, trochę faktów i refleksji.
Wojenne miesiące: luty – marzec – kwiecień to czas, w którym większość mieszkańców Bukaczowiec musiała opuścić je na zawsze. Rodziny bukaczowieckie dzieliły los tysięcy wygnańców/zesłańców, których historie wydają się czasem tak podobne, jakby zostały powielone, a przecież za każdą z nich kryje się ludzkie cierpienie, niewyobrażalne cierpienie, jeśli się samemu czegoś podobnego nie przeżyło. Każda z historii to pojedyncza tragedia polskiej rodziny.
Poniższe podsumowanie opracowałam na podstawie 34. nadesłanych ankiet, wspomnień publikowanych w biuletynie oraz losów bukaczowczan z kręgu najbliższej rodziny (Gondek, Krawiec). Korzystałam także z informacji i wspomnień zawartych w Zeszytach Łukowieckich.
Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy odesłali ankiety lub nadesłali informacje w innej formie. Są to Pani/Pan: Antoni Chojcan, Eugeniusz Dec, Bogusława Duszkiewicz z d. Raszyk, Kazimierz Furtak, Izabela Grewling z d. Dec, Romana Leżańska z d. Gryzowska, Józefa Kaczmarczyk z d. Krawiec, Zygmunt Kamiński, Stanisław Kaput, Wiktoria Konowaluk z d. Żurek, Zdzisława Kowalczyk z d. Manget, Zygmunt Krämer, Seweryna Krynda z d. Plisak, Helena Mazur z d. Plisak, Józef Miszczak, Krystyna Mularczyk z d. Iwasiów, Emilia Nitecka z d. Sondej, Józefa Ostrowska z d. Pikuła, Kazimierz Ozga, Danuta Pankiewicz z d. Pawłowska, Jerzy Pawłowicz, Romualda Popiel-Orłowicz z d. Popiel, Genowefa Reiter z d. Stasiak, Edward Sondej, Leokadia Samaryk-Kizny, Anna Solińska z d. Zadwórna, Ryszard Sołomiewicz, Franciszka Szklarz z d. Jadach, Zygmunt Szubert, Zdzisław Świercz, Tadeusz Tomkiewicz, Zbigniew Toroński.
Szczególne podziękowania kieruję do tych, którzy oprócz krótkich odpowiedzi, napisali obszerniejsze relacje. Fragmenty tych wspomnień zamieszczam w dalszej części.
Podane nazwiska w żadnej mierze nie wyczerpują listy zesłanych bądź wysiedlonych. Sama Karolówka miała ponad 800 mieszkańców, ja podaję tylko kilka nazwisk.

Część I – Fale wysiedleń

Depolonizacja ziemi bukaczowieckiej (podobnie jak całych Kresów) przebiegała etapami.
1.1. Pierwsza fala rozpoczęła się już jesienią 1939r.
Wszystkim mieszkańcom Kresów nadano obywatelstwo ZSRR i rozpoczęły się aresztowania. Zatrzymano ośmiu mężczyzn, w tym Ludwika Tomkiewicza z Żurowa; wywieziono rodziny policjantów. Później zaczęły się zsyłki.
Pan Zygmunt Szczepański, niespełna dziesięcioletni wówczas syn przedwojennego naczelnika stacji Bukaczowce napisał:
Z końcem stycznia (może 1 lutego) 1940r., na stację kolejową w Bukaczowcach, pociąg manewrowy wtoczył 5 – 7-miu wagonów towarowych, szczelnie zamkniętych, pozostawiając je początkowo na torze nr 4 (od strony ulicy Kolejowej); wkrótce przetoczono je na tor nr 5, położony przy budynku stacji pomp i wodnej wieży ciśnień (przy tzw. sztabilce) i pozostawiono nie opodal nastawni (od strony Chodorowa).
Zgnębiona i zastraszona sowiecką okupacją społeczność bukaczowiecka, nie zwracała większej uwagi na pozostawione na stacji wagony.
Nie uszło to jednak uwadze miejscowych kolejarzy. W ich dotychczasowej przedwojennej praktyce, stojący bezużytecznie wagon, należało natychmiast załadować i odesłać tam gdzie trzeba – przede wszystkim ze względu na tzw. postojowe. Ale tym razem nie było wiadomo – dokąd?
Niepokojem napawał widok posępnych, stojących na uboczu wagonów. Na pytanie skierowane do wydziału ruchu we Lwowie raz odpowiadano: stoją z braku miejsc na stacjach towarowych; innym razem, że: pozostawiono je do dyspozycji wojskowości. To też więcej razy nie śmiano pytać. Wagony stały również na bocznicach wielu innych stacji linii kolejowej Lwów – Stanisławów.
Widocznie zrobił się potężny zator taboru z racji zmniejszonej ilości masy towarowej – mówili jedni, drudzy zaś składali wszystko na karb sowieckiego bałaganu. Podobne domysły działały uspokajająco. Nikomu nie przyszło na myśl: jaki los zgotują nam z pomocą tychże wagonów?
Wszak od ostatnich zesłańców na katorgę, transportów i kibitek, minęły prawie trzy pokolenia (1863r.). Można było w tym czasie zapomnieć o „zwyczajnych” zsyłkach, nie mówiąc o masowych deportacjach, które dopiero przeżyjemy. Takie zmasowane wywozy przekraczały naszą wyobraźnię, gdyż przekraczały nasze ludzkie dotychczasowe doświadczenie.
I oto nadszedł dzień 10 lutego 1940r., pamiętny, tragiczny dzień w historii Polskich Ziem Wschodnich, również dla Bukaczowiec.
Podjeżdżały na stację kolejowa sanie, przywożące ludzi okutanych naprędce z racji siarczystego mrozu, z węzełkami, tobołkami i kto miał – ze skromnym bochenkiem chleba na daleką drogę i poniewierkę, na prawdziwie nieludzkiej ziemi. A wszystko pod strażą enkawudystów przy każdym wagonie, z bagnetami na karabinach i w budionnówkach, które nadawały im obcy, posępny azjatycki wyraz. I wyruszyły bydlęce wagony z ludźmi w nieznaną drogę o siarczystym mrozie, umęczonymi i zalęknionymi a także głodnymi i spragnionymi. Potem w drodze doznają nowych boleśniejszych cierpień.
Jechały również przez Bukaczowce pociągi z innych miejscowości Małopolski Wschodniej, albowiem wywóz na Sybir był masowy, gdyż wywieziono wówczas ok. 250 tys. ludzi. Niektóre pociągi potem zawracały i obierały inną drogę.
W czasie przejazdu pociągów przez Bukaczowce, mieszkając w obrębie stacji i przebywając często w biurze dyżurnego ruchu wiedziałem, że nadjeżdżają, to też trafiłem na transport jadący od strony Chodorowa, który przystanął. Z okien wagonów rozległy się wołania: wody, wody! Enkawudysta otworzył drzwi wagonu i wraz z pracownikiem stacyjnym śp. Szymańskim, zdążyliśmy podać 3 wiadra wody, a następnie to samo do drugiego wagonu. Chcieliśmy podać więcej, ale bolszewik przepędził nas: „poszli won”! A przecież pociąg stał jeszcze ok. 10 min.; potem ruszył.
Wagony do transportów zostały uprzednio dobrane tak, że co drugi, co trzeci wagon posiadał budkę hamulcową dla eskorty, która nierzadko stała też na zderzakach (enkawudyści).
W czasie transportów, ludzie w tychże wagonach cierpieli z zimna, głodu i pragnienia; jechali tygodniami; w drodze słabsi umierali, więc wyrzucano zmarłych na zewnątrz – na wieczną zmarzlinę.
Panie, przyjmij ich do Swojej Światłości!
1.1.a. ZESŁAŃCY – tak mówiono o wywiezionych na Sybir, często wielopokoleniowych rodzinach, w których były zarówno niemowlęta jak i starcy. Tak właśnie do dziś mówią byli zesłańcy: na Sybir, nie na Syberię. Prawie połowę zesłanych stanowiły dzieci i młodzież do lat dwudziestu.
10. lutego 1940r. wywieziono rodziny:
z Bukaczowiec:
z Żurowa:
z Sulejowa k. Bursztyna dowieziono na stację Martynów:
Pani Izabela Grewling z d. Dec napisała:
W nocy z 9 na 10 lutego wtargnęli do domu NKWD i dwóch Ukraińców. Szukali broni – broni nie było. Kazali się ubierać, zabrać pościel i trochę żywności, w sumie 50kg. Przy drzwiach na podwórku stały sanie, na które kazano nam wsiąść i zawieźli nas na stację towarową. Na drodze spotkaliśmy sąsiadów z naszej ulicy: Niklewiczów, Gondków, Petryków, Pawłowskich, Lubienieckich, Popielów, Turbiaków. Na stacji czekały wagony towarowe z oknami zabitymi deskami. Wewnątrz, na środku, stał mały żelazny piecyk, po obu stronach wagonu były półki. Przyczyną zsyłki było jedynie to, że byliśmy Polakami. I tak jechaliśmy w 30 stopniowym mrozie. Cały transport ruszył w kierunku Stanisławowa, tam po drodze przyczepili wagony. Następnie transport zawrócili. Przejeżdżaliśmy przez Bukaczowce i zatrzymaliśmy się we Lwowie. Prowadzono po wodę, po 2 osoby z wagonu, pod eskortą uzbrojonych Moskali. Transport nasz składał się z 60 wagonów, po 50-60 osób w każdym. Jechaliśmy przez Łuck aż za Ural; podróż trwała ponad 3 tygodnie. Wyładowali nas w głębokich lasach, gdzie czekały puste baraki bez światła. W jednym pomieszczeniu żyliśmy w 3 rodziny - 14 osób: Pawłowscy, Lubienieccy i my. To był uczastok 86, Kamieszłowskij Lestrojchoz, Pyszminskij rajon, Swierdłowskaja obłaść. Część zesłańców zamieszkała w pobliskim uczastku Krutojary.
I jeszcze jeden fragment wspomnień; Pani Danuta Pankiewicz napisała:
W tym dniu wywieziono m. innymi mojego stryja Józefa Pawłowskiego i jego czteroosobową Rodzinę (w tym trzech synów - dwóch chorych).
W czasie przerwy – postoju we Lwowie, kiedy transport zatrzymał się, stryj Józef pod pozorem przyniesienia wody, wyszedł z wagonu (bez eskorty) i udał się do stacyjnej pompy, aby napełnić naczynie. Został jednak zatrzymany przez moskala. Stryj znany z gwałtownego temperamentu (był też ochotnikiem jako niepełnoletni w I wojnie światowej), rozerwał jednym ruchem zapięcie odzieży do koszuli włącznie odsłaniając gołą pierś i krzyknął „strzelaj” a jak wiadomo na dworze panował tęgi mróz. Strażnik zgłupiał a równocześnie zlitował się nad człowiekiem i powiedział po rosyjsku „uciekaj.”
Po kilku czy kilkunastu godzinach zjawił się stryj Józef ponownie w Bukaczowcach i zapukał do mocno zmrożonych szyb naszego małego drewnianego domku. Pamiętam, choć byłam siedmioletnim dzieckiem głos matki i łzy w jej oczach „przyszli już po nas.” Na pytanie Ojca (mego Ojca Michała), kto tam? Usłyszeliśmy „Michał otwieraj, to ja Józef”. Rodzice odetchnęli z ulgą, a jednocześnie z niepokojem na widok stryja. Po krótkiej rozmowie sprawa się wyjaśniła. Został też wyjaśniony plan „wizyty”, a mianowicie, rozprawienie się z osobami, które przyczyniły się do wpisania na listę wywózki. Miał tez plan spalenia niedawno wybudowanego domu. Ojciec był przeciwny jakiejkolwiek zemście, bo to nie zmieniłoby sytuacji. Stryj zmienił plan, ale poszedł do swego gospodarstwa a właściwie kurnika, uśmiercił ok. 20 kur, po wypatroszeniu włożył je w worek (tyle, ile mógł unieść na plecach). Przy tych czynnościach pomagała mu mieszkająca obok siostra Julia Łysiak. Z tym ładunkiem udał się na dworzec, gdzie pozostała rodzina.
Transportu we Lwowie już nie zastał, dołączył gdzieś na trasie, ale szczegóły nie są mi znane.
Później, gdy już otrzymaliśmy adres ich pobytu na Syberii (listy były bardzo dziwne, bez koperty, jedynie kartka była tak złożona, aby można było w każdej chwili odczytać ich treść – taki sposób chyba w ogóle jest nieznany młodemu pokoleniu), Mama szykowała paczki ze słoniną, czosnkiem, cebula i kaszą, i wysyłała na Syberię. Trzeba było jechać aż do Stanisławowa, aby je wysłać. Oczywiście ilość paczek i waga były ograniczone. Asortyment zawartości też.
Ci, którym dane było przeżyć to piekło zawdzięczają jedynie Najwyższemu.

13.04.1940r. wywieziono z Bukaczowiec w stepy Kazachstanu rodziny:
Wszyscy zesłańcy zostali skazani na pracę ponad siły, głód i choroby. Zesłani do kopalń (Izydor Kizny - Donbas), skazani na katorżniczą pracę, właściwie nie mieli szans na przeżycie.
Czerwcowa wywózka (20.06.1940) nie dotknęła już bukaczowczan.
Pan Zdzisław Świercz podaje, że w kwietniu 1940r. jego rodzinie (3os.: Jan/39, Helena/32, Zdzisław/10) udało się wyjechać z sowieckiej strefy okupacyjnej (z Sambora) w ramach wymiany ludności między ZSRR a Niemcami. W Bukaczowcach taki przypadek prawdopodobnie nie miał miejsca.
1.1.b. Wywiezieni na roboty do Niemiec
Ferdynand Bobikiewicz (19lat), Piotr Wilczyński (22 lata), Janina Tyban (20lat) z Piasków, Zbigniew Chojcan s. bukaczowieckiego nauczyciela został pod koniec wojny wywieziony do niemieckiego obozu pod Berlinem.
1.2. Druga fala – ucieczki przed banderowcami.
WYGNAŃCY. Jak byliśmy na wygnaniu – tak pobyt na Rzeszowszczyźnie określali moi Rodzice.
W miejscowościach oddalonych od Bukaczowiec ucieczki rozpoczęły się już wiosną 1943r. (Dołcha Wojniłowska, Niegowce pow. Kałusz). Mieszkańcy okolic Bukaczowiec zaczęli opuszczać swe domy jesienią 1943r., ale największe nasilenie przypada na zimę 1943/44r. Wiele osób przyznaje, że po tylu latach trudno jest określić dokładny czas wyjazdu.
Pustoszała zamieszkała wyłącznie przez Polaków, sąsiadująca z Bukaczowcami, Karolówka. Ostatni uciekinierzy (piętnaście rodzin) opuścili ją 14 lutego1944r., w czas pożogi schronili się na Łukowcu. Nie opuścili jej państwo Wizerowie i kilka innych polskich rodzin. Pozostali w swych domach do tragicznego końca – swojego i wioski – który nastąpił niebawem.
Panie urodzone w Karolówce, siostry o rodowym nazwisku Jeniec, a zwłaszcza najstarsza z nich Maria, która w chwili ucieczki z Karolówki na Łukowiec miała ok. dziesięć lat opowiedziały…
Opuszczaliśmy domostwo jako jedna z piętnastu ostatnich rodzin 14 lutego 1944r., by schronić się na Łukowcu. Wuj, Paweł Bawół, już wcześniej wysłał żonę z trójką dzieci do Lwowa. On natomiast wraz z ojcem Andrzejem (59 lat) i Stefcią Adamiec (z dalszej rodziny) miał tak jak inni, udać się wozem załadowanym dobytkiem do Łukowca. Odjechał sam, bowiem ojciec uparł się, że nie zostawi dorobku całego życia na pastwę losu. I został, Stefcia wraz z nim.
Przyszli niebawem. Szło już na noc, gdy Andrzej usłyszał, że się zbliżają. Wybiegł z domu, ale nie oddalał się z obejścia. Noc była jasna, księżycowa, byłby doskonałym celem. Schował się w piwnicy wykopanej w stodole. Stefcia, uciekając z domu, nie miała czasu na ubranie się. Przemknęła w stronę zabudowań gospodarskich i ukryła się w parniku.
Ukraińcy rozejrzeli się po obejściu i bardzo szybko odnaleźli Andrzeja. Jeden z nich powiedział – „zamorduj go” – inny odparł: „on stary, i tak zdechnie”, więc uszedł z życiem. Stefci na szczęście nie znaleźli. Przez cały czas siedziała skulona w parniku, z kolanami przyciśniętymi do blachy. Połowa marca, mróz niby niewielki, ale przemarzła zupełnie. Weszli do stajni, zaprzęgli konie do sań, zarżnęli byka, załadowali zdobycz i odjechali. Trwało to dość długo. Po ich odjeździe, przemarznięta Stefcia wstawała z parnika z najwyższym trudem. Wydostała się z ukrycia z zakrwawionymi kolanami, bo oderwały się z nich płaty skóry, która na dobre przymarzła do lodowatej blachy.
Następnego dnia z rana przyjechał Paweł. Chciał zabrać ojca, Stefkę i trochę dobytku. Załadował na wóz, co się dało. Stefki nie musiał namawiać, ale ojciec uparł się i pozostał.
Przyszli zaraz następnej nocy. Zdążył się ukryć w częściowo wybranym kopcu po kartoflach, nie pod stodołą, bo by nie przeżył. Widział jak chodzą po okolicy, od budynku do budynku, jak podpalają… Bezsilny patrzył jak ogień trawi jego domostwo.
Początkowo myśleli, że się spalił. Gdy zorientowali się, że żyje, znów przyjechali z Łukowca i namawiali aby porzucił zgliszcza. Nie chciał o tym słyszeć.
Mieszkał w ziemiance. Starał się być niewidoczny za dnia, bo w okolicy pełno było banderowców, którzy mordowali Polaków przebywających poza Łukowcem. W całej okolicy dokonano już czystki etnicznej.
Żywił się ziemniakami, znajdował też jakieś zapasy w piwnicach martwych domostw. Miał jajka, bo po okolicy błąkały się bezdomne kury. Czasem i kurę wsadził do garnka.
Z rzadka przyjeżdżali z Łukowca właściciele opustoszałych domostw – bezdomni uciekinierzy. Jeździli głównie po żywność, bo skąd ją było brać w przeludnionej do granic możliwości wiosce. Końcem lutego nasz tato, Józef Jeniec, umówił się z braćmi Bednarzami, Groszkiem i Burdzym, że pojadą razem. Mieli wozami wyjechać z rana, by powrócić przed zmrokiem. Jednak tato nie pojechał, bo nagle coś mu się stało w nogę – widać Opatrzność nad nim czuwała. Tamci pojechali – by już nie powrócić. Zamordowano ich gdy wracali, pod lasem na Wandolinie – Łukowiec był tuż, tuż… Ale inni dalej jeździli na Karolówkę, bo przecież wszystko tam zostało, zboże, ziemniaki… Szedł przednówek, w Łukowcu – jedynej w okolicy wsi, która broniła się (i obroniła) przed banderowcami – było trudno o żywność, przebywało w niej kilka tysięcy Polaków.
Ojciec wuja, Andrzej Bawół, żył tak ponad półtora miesiąca. Trwał na porastających wiosenną zielenią zgliszczach swego domu. Patrzył na swój kwitnący sad…
Krótko przed ostateczną zagładą Karolówki, która nastąpiła 3-Maja, dał się jednak namówić na wyjazd do Łukowca. Znów uszedł z życiem. 3 Maja – to nieprzypadkowa data. To był świadomy wybór dnia na dokończenie dzieła zniszczenia polskiej Karolówki i spalenia przylegających doń Piasków– bukaczowieckiej ulicy, która wiodła na Karolówkę.6
Najwięcej rodzin wyjechało z Bukaczowiec początkiem marca 44r., choć niektórzy opuścili swój dom jeszcze później, czasem w ostatniej chwili.
Pani Józefa Kűnstler z d. Kaszowska napisała w Biuletynie Bukaczowieckim nr 3.
(…)Pamiętam również czerwoną noc nad Karolówką i Piaskami. Byliśmy jeszcze wtedy na miejscu, w dzień w domu, a w nocy ukrywaliśmy się. Nasi sąsiedzi byli także jeszcze w swoich domach. Karolówkę ludność już opuściła. Krytycznego wieczoru ktoś mojemu ojcu powiedział, że trzeba natychmiast uciekać. W stronę Karolówki i Piasków jechało dużo furmanek z banderowcami i materiałami do podpalania. Natychmiast uciekliśmy na tyle daleko, żeby czuć się bezpiecznie. Widzieliśmy uciekając, płomienie nad całą Karolówką. Podpalono również nasz dom. Pamiętam długi sznur buchającego i trzaskającego w górę ognia również nad Piaskami od strony Karolówki. Noc zajaśniała złowrogo. Tamtej nocy została spalona w domu moja sąsiadka Bałdyga. W Karolówce też ktoś zginął w płomieniach.
To byli państwo Wizerowie.
O masowości marcowych ucieczek świadczyć może numeracja wyciągów metrykalnych urodzenia, które brali od bukaczowieckiego proboszcza, ks. Józefa Ślipki zapewne wszyscy wyjeżdżający. Moja Mama otrzymała końcem lutego wypis nr 397, ciocia, która wyjeżdżała zaledwie tydzień później, otrzymała w dniu 5.03.44r. podobny wypis już z numerem 780. Można więc przyjąć, że w pierwszym kwartale 1944r. wyjechało z parafii Bukaczowce około 1000 Polaków.
Wielu, zwłaszcza wyjeżdżającym wcześniej albo chroniącym się na Łukowcu, we Lwowie czy Stanisławowie, zdawało się, że jest to chwilowy wyjazd z domu. Zostawiali dorobek całego życia, biorąc trochę podręcznego bagażu – bo ileż można wziąć ze sobą na wóz, albo wtedy, gdy w popłochu wyjeżdża się pociągiem! Ale powrót okazał się niemożliwy, dobytek został rozkradziony, a budynki najczęściej spalone.
z Bukaczowiec - do Lwowa uciekały w tamtym czasie rodziny:
z Bukaczowiec - bezpośrednio na Podkarpacie i do Małopolski:
z Bukaczowiec - na Podkarpacie wyjechali 08.05.1944r.
z Poświerza k/Bukaczowiec (w marcu):
z Kozary na Podkarpacie uciekali:
z Karolówki:
z Załuża k/Karolówki:
z Żurowa:
z Kołokolina - Łanuchowie (4os.; Gerwazy/46, Maria/41, Józef/17, Tadeusz/14) - na Podkarpacie,
z Bursztyna - Pawłowiczowie (5os.; Edward/67, Maria/54, Zdzisław/41, Jerzy/20, Izabela/17/) do Lwowa, ekspatriowani,
z Hrehorowa - J. Zyrowie (2os.; Jan/61 z żoną/60) na Łukowiec, ekspatriowani,
z Rohatyna - Torońscy (4os.; Tadeusz/43, Karolina/41, Zygmunt/19, Zbigniew/12) – Podkarpacie,
z Pniaków k/Niegowiec - Pikułowie (6os; Andrzej/43, Maria/33, Józefa/12, Mieczysława/8, Leokadia/1, Wiktoria Stępień – matka Marii/66) - do Kałusza a stamtąd na Podkarpacie,
z Horodenki -Kaputowie (4os.;Władysław/46, Stanisława/41, Wanda/20, Stanisław/18) – na Podkarpacie.
1.3. Trzecia fala – EKSPATRIACJA – zwana repatriacją, czyli powrotem do Ojczyzny; jakby ziemia, którą musieli opuścić, z mogiłami Ojców i Dziadów, nie była ich Ojczyzną, zorganizowana przez PUR po zakończeniu wojny.
W 1945r. wyjechali z Bukaczowiec:
z Łukowca Żurowskiego i Wiśniowskiego: wszyscy stali mieszkańcy oraz uciekinierzy z okolicznych wiosek (ponad tysiąc osób – ile dokładnie, trudno ustalić), w tym:
Pan Kazimierz Ozga podaje, że z Chodorowa odjechało co najmniej 7 transportów, w każdym po ok. 60 - 100 rodzin.
W transporcie nr 3, który 11.11.1945r. dotarł do Wołowa było 45 rodzin z Łukowca a 13 z ościennych miejscowości. W tym czasie wyjechali także:
z Kałusza - Gryzowscy (4os. Andrzej/41, Tekla/32, Ferdynand/13, Romana/2),
z Czortkowa - Raszykowie (4os.; Rudolf/32, Stefania/37, Bogusława/6, Jerzy/3).
W 1958r. z Bukaczowiec wyjechali:

Przypisy

  1. Podaję za Jerzym Dudą, Semper Fidelis 6/2004
  2. Różni autorzy podają różne liczby. Według niektórych jest to około 50tys. inni, w tym J. Duda określają liczbę nigdzie nie rejestrowanych uciekinierów na 500tys. Jednak skoro z samych Bukaczowiec - niewielkiego kresowego miasteczka - uciekło około 1000osób, to wartość 50tys. jest moim zdaniem zdecydowanie zaniżona i sądzę, że może nawet przekraczać liczbę 500 tys.
  3. Nazwą Kresy Wschodnie utarło się zwać 5 województw wschodnich: białostockie, wileńskie, nowogródzkie, poleskie i wołyńskie oraz 3 południowe: lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Powierzchnia tych województw wynosiła 214,2 km2. Ludność Polski w 1939 roku liczyła 35 100tys., a na terenie ośmiu kresowych województw mieszkało 13 021 300 osób (wg spisu z 1931 roku).
  4. Podczas pierwszej okupacji sowieckiej przeciw Polakom wystąpili obok Sowietów także Żydzi i Ukraińcy. za niemieckiej okupacji Niemcy i Ukraińcy zniszczyli Żydów, a następnie Polaków. Podczas drugiej okupacji Sowieci i Ukraińcy dobijali resztki Polaków. Łącznie więc można przyjąć, że za przyczyną Ukraińców oraz z ich ręki w okrutnych mękach zginęło na Kresach około 500tys. Polaków, tylko dlatego że byli Polakami. Była to więc zbrodnia ludobójstwa podyktowana czystkami etnicznymi. Dziś nazywa się to walką o samodzielną Ukrainę, ale oprócZ podłoża etnicznego miały te akcje podłoże rabunkowe. Całe mienie państwa polskiego i Polaków mieszkających na Kresach Wschodnich zostało zagrabione. w oparciu o: Etapy wyniszczania Polaków i ich kultury na Kresach po roku 1939 prof. Dr hab. Maria Pawłowiczowa Ludobójstwa i wygnania na kresach - Katowice - Oświęcim 1999.
  5. Wiek osób w chwili opuszczania Bukaczowiec.
  6. Dotychczas powielałam informację, że Karolówkę spalono 3 maja. Pani Maria, córka Józefa Jeniec z Karolówki twierdzi z całą pewnością, że było nieco inaczej, że Karolówkę palono dwukrotnie. Najpierw - w drugiej połowie marca 1944 - od strony Czerniowa i Kołokolina. Następnie, opustoszałą i częściowo zrujnowaną wieś spalono także w części przylegającej do Piasków, wraZ z Piaskami. to było dużo później i właśnie tę część spalono w polskie święto 3-Maja. Relacja Ta zgadza się ze wspomnieniami Ukrainki, u której zawsze mieszkamy podczas pobytu w Bukaczowcach. Jej opowieść dziwiła nas wówczas niezmiernie. Wspominała bowiem, że jako mała dziewczynka widziała kwitnące ogródki pomiędzy zgliszczami oraZ całe, lecZ już opustoszałe i zrujnowane domy późną wiosną 1944r. W świetle tych informacji stało się jasne, że opuszczoną i spaloną częściowo Karolówkę, przez półtora miesiąca rozgrabiano, nim ostatecznie zagładzono.

Część II – Losy rodzin i miejsca osiedleń po wojnie

2.1.a. Losy zesłańców
W 1942r. otrzymaliśmy zaświadczenia, że jesteśmy wolnymi grażdanami – napisała Pani Izabela Grewling – i mogliśmy się swobodnie poruszać. Ponieważ bardzo doskwierał nam głód, uciekaliśmy z lasów do kołchozów. Lecz to nie trwało długo. Wszędzie panował głód.
Losy zesłańców potoczyły się różnie.
Wielu zmarło wskutek tragicznych warunków życia i na zawsze pozostało na nieludzkiej ziemi: w czasie transportu - córeczka p. Krzyżak (niemowlę); na Syberii: moi dziadkowie: Urszula i Józef Gondek a także: Agnieszka Iskra, Władysława i Rysiu Krawiec, Władzia Kaput, Katarzyna Ożga, Rodzice Julka Popiela, Cyryl Petryk, Józef Raut, Maria Turbiak, Józef Żurek, Sławomir Szumski; w Kazachstanie: Tomasz Popiel, Helena Tomkiewicz.
Nielicznym udało się na przełomie 41/42r. wyjechać do Armii gen. Andersa:
Tadeusz Lubieniecki (po dotarciu do Wojska Polskiego służył w RAF-ie, po wojnie osiadł w Anglii),
Helena, Józefa, Kazimierz i Irena Petryk oraz rodzina Jakimów z Sulejowa (przeżyli wojnę i pozostali za granicą),
Józef Romański, Ignacy Kuźniar, Wiktoria Popiel,
Ludwik Tomkiewicz z Żurowa (służył w 2. Korpusie, walczył pod Monte Cassino, po wojnie osiadł w Anglii).
Józef i Katarzyna Krawcowie z dziećmi: Weroniką, Władysławem, Stefanią, Kazimierzem, Józefą, Tadeuszem.
Moja kuzynka, Józefa Kaczmarczyk z d. Krawiec napisała:
W styczniu 1942 roku wyjechałam z rodziną do Uzbekistanu. Jechaliśmy zamknięci w bydlęcym wagonie, zmarznięci, głodni i bez świadomości, co nas jutro czeka. Jedno zdarzenie dobrze pamiętam. Jak byliśmy już na południu za Buzułukiem, zepchnęli nasz wagon na boczny tor. Po pewnym czasie przyszli Rosjanie i pytali gdzie jedziemy. Władek – brat – mówi, że nie wiemy. Weszli do wagonu, popatrzyli ile nas jest, wyszli i napisali na wagonie jakąś nazwę miejscowości. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że to jest miejsce, gdzie ludzi wywożą na zagładę, więc prędko zmyliśmy wagon, żeby nas nie doczepiono do transportu w to miejsce. Staliśmy na stacji trzy dni i to się powtarzało codziennie – ta sama nazwa na wagonie. Ta miejscowość to była Samarkanda, miasto we wschodnim Uzbekistanie. Stamtąd już nikt nie wracał. Wreszcie dowiedzieliśmy się, że właśnie wojsko polskie stoi koło Taszkientu i sami napisaliśmy na wagonie Taszkient. Dopiero na czwarty dzień dołączono nas do transportu w tamtym kierunku. W czasie tego postoju mieliśmy szczęście, bo jechał transport Czechów do domu, a Werońcia miała butelkę wina, którą wiozła jeszcze z Sybiru. Za to wino dostała cały worek suchego chleba. To nas uratowało od głodowej śmierci, bo akurat nam starczyło, by dojechać do polskiego wojska. Bracia wstąpili do 2-go Korpusu – Władka wcielono do wojsk pancernych, Kazika do łączności. Nas, tzn. Rodziców, siostry i 12. letniego brata, oraz kilka innych rodzin wywieziono do kołchozu w stepie i tam musieliśmy radzić sobie sami. Jednak Wojsko o nas nie zapomniało. Po trzech tygodniach, z początkiem kwietnia, przyjechało dwóch polskich żołnierzy by powiadomić nas, aby w ciągu dwóch dni przybyć do placówki. Powiedzieli nam, że w przeciwnym razie zostaniemy tu na zawsze, bo polskie wojsko opuszcza ZSRR i wyjeżdża do Pahlewi w Iranie (dawniej Persja).
Wyruszyliśmy w drogę piechotą. Mieliśmy tylko jeden dzień, a trzeba było przejść ok. 75 km. Prowadził nas Uzbek jako przewodnik, bo tam żadnych dróg nie ma. Wokół pustynia, rosną tylko koluszki – to takie niskie krzaki, które jak wyschną służą jako opał. Szliśmy prawie całą dobę, od ósmej rano przez cały dzień i noc, do piątej rano bez odpoczynku, bez jedzenia i picia. Musieliśmy zdążyć do rana – inaczej zostalibyśmy w Rosji. Placówka wojskowa, do której mieliśmy dojść była w tym dniu ostatecznie likwidowana.
Wodę piliśmy z kałuży na drodze. Świtało, gdy dotarliśmy do rzeki. Była szeroka, (ok. 1km.), głęboka po pas, na środku po szyję. Po wyjściu z wody byliśmy tak zmęczeni, że popadaliśmy na trawę. Nie mieliśmy już sił iść dalej. Bagaże nasze zrzucono z wielbłąda i Uzbek odjechał ze zwierzętami. Na szczęście niedaleko stało wojsko. Spostrzegli nas i przybiegli z pomocą. Dali nam jeść, osuszyliśmy się przy ogniu – o przebieraniu nie było mowy.
Późnym rankiem załadowano nas na wojskowe transportowe samochody – lory i powieziono nas do portu Krasnowodsk. Jak długo jechaliśmy, nie pamiętam dokładnie. Tam przeszliśmy ruską łaźnię – przecież wszy musiały zostać w Rosji! Myśleliśmy, że skórę z nas zdzierają. Woda była zmieszana z jakimś płynem. Paliła skórę – najbardziej na głowie. Po tej ceremonii dali nam owsiankę z rybą i według listy załadowali nas na okręt. Od tej chwili przestaliśmy podlegać jurysdykcji rosyjskiej.
Przeżyliśmy w Rosji głód i nędzę. Ciężka praca przygniatała ludzi do rozpaczy, ale naród rosyjski był dla nas życzliwy.
Czekaliśmy do wieczora. Okręt był załadowany w większości wojskiem, resztę – ile się zmieściło – stanowili cywile. Trudno powiedzieć, która to była godzina, przecież nikt nie miał zegarka. Gdy wypływaliśmy w morze był późny wieczór – nadchodziła noc. Byliśmy już na pełnym morzu, gdy zerwała się burza. Leżeliśmy na pokładzie. Nawet nie wiedziałam, gdzie reszta rodziny. Każdy szukał jakiegoś kąta by się skryć. Burza, posiłek z ryb – których bardzo nie lubię – to wszystko razem spowodowało, że zaczęłam zwracać. Noc, ciemność, nic nie widać na dwa kroki, ale zerwałam się z pokładu i dobiegłam do burty. Wymioty były silniejsze ode mnie, przechyliłam się za bardzo – sekunda i byłabym w morzu. Na szczęście jakiś mężczyzna stał w pobliżu, złapał mnie za kołnierz i odrzucił na bok. Do rana się nie już podniosłam.
Dopiero gdy burza ustała, zczołgałam się na kolanach na korytarz i tam zobaczyłam Werońcię też na pół żywą. Później dowiedzieliśmy się, ż połowa ludzi z pokładu została zmyta do morza. Na drugi dzień słonko było już wysoko, ale jeszcze nie było południa, gdy dopłynęliśmy do Pahlewi. To była Wielka Sobota - 4. kwietnia 1942 roku. Stamtąd przetransportowano nas samochodami do Trheranu.
W Teheranie Ojciec powiedział, że nie będzie siedział z babami w obozie i wstąpił do wojska, choć nie podlegał służbie wojskowej, bo miał już 47 lat. Był w taborach, najpierw pod Tobrukiem, później w Palestynie. Najmłodszy brat był w szkole junaków w Palestynie. Starsi bracia przeszli cały szlak bojowy, walczyli pod Monte Cassino. Matkę i mnie z siostrami: Weronką i Stefką przewieziono z Teheranu samochodami.
Wyładowali nas w Ahwazie, na pustyni i zakwaterowali w blaszanych domach. Upał dochodził do 450C. Jajka smażyliśmy na piasku. Byliśmy tam dwa tygodnie. Znów załadowano nas na „troki” i zawieziono przez Afganistan do Karaczi w Indiach. Mieszkaliśmy za miastem w jakichś koszarach w okropnych warunkach. Głód i nędza, gorzej niż w Rosji. Myśleliśmy, że poumieramy z głodu. Po trzech tygodniach załadowano nas na statek i powieziono do Afryki, do Mombasy. Stamtąd jechaliśmy pociągiem, nie pamiętam jak długo, do Kampali – stolicy Ugandy. Stamtąd Murzyni przewozili nas „trokami” do obozu, do Masindi. (Afryka równikowa, rejon jeziora Wiktorii). Był już wrzesień1942r.
Osiedlono nas w obozach w dżungli, w osadzie Massindi, gdzie mieszkałyśmy przez całą wojnę. Po wojnie Matka i Stefka powróciły do Polski. W 1948r. wyjechałyśmy z Weronką do Kanady, bo tam po zakończeniu wojny pojechali bracia. Ojciec i najmłodszy Tadek wrócili do Polski.
Pozostającym na zesłaniu w Rosji po niedługim czasie znów odebrano obywatelstwo polskie. Mężczyznom w wieku 18 - 45lat wręczono karty powołania do wojska; wiele młodych kobiet zgłaszało się na ochotnika.t Wracali do Polski z I Dywizją im. T. Kościuszki.
Byli to: Bolesław Dec, Jan Gondek, Józefa i Walenty Jadach, Maria Jarosz, Stanisław Kaput, Zygmunt Kizny, Mieczysław Kochman, Jan Krawiec z Sulejowa k/Bursztyna, Wojciech Kuźniar, Marian Mauer z Czahrowa, Michał Miśko, Józef Pawłowski, Julian Popiel, Kazimierz Raut, Helena Skowron, Marcin Wróbel, Wiktoria, Eugenia, Katarzyna i Wojciech Żurek, Kazimierz Flak z Bursztyna.
Ich powrót do Ojczyzny zaczął się w maju lub sierpniu 1943r. w Swierdłowsku. Nie wszyscy przebyli szczęśliwie szlak bojowy od Sielc do Berlina. Wiele szczęścia miał Marian Mauer, który przeżył, choć na szlaku do Berlina był 11 razy ranny.
Zginęli: Kazimierz Raut, Michał Miśko, Wasyl Malona, Staszek Kaput.
Nie podlegający służbie wojskowej zostali na Syberii, często przymierając głodem. Skromny przydział żywności otrzymywały tylko osoby pracujące w kołchozach. Wracali do Polski etapami. Niektóre rodziny zostały jesienią 1944r. przesiedlone na Ukrainę (Dec, Turbiak), do obłasti chersońskiej, gdzie dalej pracując w sowieckich kołchozach czekali na „drugi etap repatriacji” do Polski w 1945r. bo wielu wracało właśnie wówczas (Wojciech Ożga, Maria Petryk z synami Julianem i Edwardem), ale niektórzy dopiero w latach 1946 – 48 (Kizny, Stefania Pawłowska z synami).
2.2. Losy wygnańców - ucieczki przed banderowcami
Ci, których nie wywieziono, żyli w Bukaczowcach w miarę spokojnie do 1943r. Wtedy zaczęły się nasilać napady banderowców. Napisała pani Danuta Pankiewicz:
(…)W czasie mordów i podpaleń przez banderowców w 1943/44r. chowaliśmy się na noc, nie tylko my, w murowanym budynku policji. Groza i łuny palących się nocą wsi; obawa, że już tej nocy przyjdą do naszego domu i nas zamordują lub spalą, sprawiły, że pracujący na kolei (w Tenetnikach) ojciec załatwił wagon. Zabrał też kilka innych rodzin, część dosiadła w Chodorowie.
(…)Ta groza i obraz łun palących się okolicznych wsi pozostały mi w pamięci do dziś i chyba pozostaną już do końca moich dni.
Wielu, szczególnie z okolic Karolówki, schroniło się w Łukowcu z nadzieją, że wkrótce wrócą do swych domostw (Ożgowie, Rędziowie, Huczkowie, J. Sondejowie). Inni wyjeżdżali do dużych miast (czasem tylko z walizką!) albo przynajmniej wywozili tam dzieci: Kamińscy, Krawcowie, Mangetowie, W. Sondejowie, Iwasiowie, Pawłowiczowie. Napisała Pani Zdzisława Kowalczyk z d. Manget:
(…) Przyjechał delegat ukraiński w sprawie mającego się odbyć w Bukaczowcach mordu Polaków. Ten posłaniec śmierci przyjechał nocnym pociągiem ze Lwowa. Został zatrzymany przez brata Mieczysława (który był w AK) i jego kolegów. Gdy został przyparty do muru, wyśpiewał, kiedy mają przeprowadzić mord w Bukaczowcach. Brat, po uzyskaniu tej strasznej wiadomości, zwrócił się do Tośka Limbergera (bo chodził z nim do tej samej klasy), poszli z tym do Ojca Tośka, który był merem w Bukaczowcach1. Będąc Niemcem zwołał ukraińską władzę i zagroził, że jeżeli coś się stanie w naszym mieście, to Ukraińcy zostaną zdziesiątkowani. Wtedy nas zostawili w spokoju, natomiast wymordowali wszystkich ludzi w Ludwikówce2.(…) Jakiś czas później zjawiła się grupa Ukraińców, około 50 osób, którzy mieli nas zamordować. Dzięki Bogu, że w tej grupie byli koledzy z klasy mojej siostry Joanny i brata Mieczysława. Po wielkiej prośbie, aby nam darowali życie, cała grupa zgodziła się, aby nazajutrz rano nikogo w domu nie było. Nadmienili, że mają taki rozkaz, by nas wymordować. W związku z tym rano skoro świt wyjechaliśmy do Lwowa – bez ojca, który pracował na PKP.(…)
Końcem lutego okazało się, że jednak trzeba uciekać i z Bukaczowiec. Najczęściej ostrzegali zaprzyjaźnieni z Polakami Ukraińcy (głównie nocą). Zdarzało się incydentalnie, że w chwili największego zagrożenia, przez krótki czas, ukrywali Polaków. Ostatecznie ostrzegli o dużym zagrożeniu ze strony nieznanych banderowców i konieczności wyjazdu.
We wspomnieniach pojawiają się nazwiska życzliwych Polakom Ukraińców: Bodnar, S. Chowaniec, G. Cuper, S. Dranuta, I. Fedyk, Harasymiuk, Hryniowscy, P. Kotniuch, I. Leń, Mygas, B. Rawluk, H. Stasiszyn, Woźniak, Michajło z Karolówki i inni, których nazwisk wspominający obecnie tamten czas – wówczas dzieci – nie znają.
Nastąpiły masowe wyjazdy. Dyżurnym ruchu w Bukaczowcach był Pan Szczepański (podaję za T. Tomkiewiczem). Dzięki niemu i innym pracującym na kolei Polakom (często byli to ojcowie wyjeżdżających rodzin) kolejne grupy uchodźców ładowały trochę dobytku, resztę zostawiając pod „opieką” sąsiadów – Ukraińców, albo wręcz na pastwę losu i uciekały na Podkarpacie, najczęściej w okolice Rzeszowa. W jednym wagonie jechały nie mniej niż trzy rodziny, często sześć a nawet siedem, wioząc ze sobą zapasy żywności. Zabrano nawet krowę – żywicielkę, brano też kozy, by dzieci miały mleko.
Wyjeżdżali na zachód, na Podkarpacie nie wiedząc, jaki czeka ich los, bo Niemcy wciąż zabierali na roboty do Rzeszy. W nowym miejscu schronienie dawała najczęściej rodzina (rzadziej znajomi) a niekiedy – czasem niechętnie – obcy ludzie na polecenie niemieckiego okupanta.
Wielu, szczególnie młodych ludzi ukrywało się, by Niemcy nie wywieźli ich na roboty do Rzeszy.
Panował głód, niektórzy wracali do domów w Bukaczowcach czy Karolówce, aby przywieźć choć trochę żywności, czy zebrać zboże w czas żniw (G. Plisak z córką, J. Szubert z córką Aleksandrą, Janka Kowal, bracia Bednarze, J. Groszek, K. Ostrowska). Taka wyprawa kończyła się najczęściej tragicznie, był to bowiem czas nieustających mordów.
Wielu Polaków nie doczekało wyjazdu w nowe granice kraju. Niektórzy zginęli w czasie okupacji niemieckiej (m.in. Buczek, Władysław Żurek), innych wywieziono na roboty do Niemiec. Jeszcze inni, często w bestialski sposób, zostali pozbawieni życia przez bandy UPA.
Są to m.in.: Janka Kowalówna, Tadek Górdak, bracia Stanisław i Andrzej Bednarz oraz Jan Groszek z Karolówki, Kazimierz Burdzy z Łukowca, Stefania Górska z Piasków, Zofia Grochmal i Paweł Kamiński z Kozary, Staszek Utzig z Bukaczowiec (Zarzecze), Katarzyna Ostrowska i jej brzemienna córka Aniela Zabłocka z Czerniowa, wieloosobowa rodzina Jabłkowskich z Żurowa, 10 osobowa rodzina Pikułów z Dołchy Wojniłowskiej spalona na plebanii w Ziemiance (razem 36 osób), Maria Lizuń wraz z rodziną Porębskich z Kałusza i wielu, wielu innych.
Same Bukaczowce nie spłynęły krwią, jak większość Kresowych miejscowości. Prawdę mówiąc od dawna zastanawiałam się, jak to było możliwe? Kto uchronił (co uchroniło) mieszkańców miasteczka? Jak to się stało, że większość Polaków zdążyła uratować życie – uciekając przed pogromem? Zapewne nie jest to zbieg okoliczności. Od „zawsze”, jeszcze jako dziecko wiedziałam, że w Bukaczowcach (nawet na wybudowaniach), obyło się bez zagłady Polaków. Nie tak, jak w niedalekiej Ludwikówce3. (W moim rodzinnym Romanowie n. Notecią mieszkałam prawie po sąsiedzku z rodziną Englotów – z tej spalonej wsi – w czas pogromu schronili się w kaplicy cmentarnej.) A sąsiadującą z Bukaczowcami Karolówkę i Piaski – ulicę Bukaczowiec, która łączyła się z Karolówką, spalono już po ucieczce Polaków.
Już po napisaniu pierwszej wersji tego tekstu, Pan Antoni Chojcan w swoich wspomnieniach zatytułowanych Nasza Dobra Szkoła, napisał:
Większość uczniów, szczególnie z rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich, znała zarówno język polski jak i ukraiński, bądź jidisz, co sprzyjało częstym, bliższym kontaktom, a nawet wspólnym obchodom świąt religijnych. Takich relacji nie było w kontaktach z uczniami żydowskimi, którzy mieli inne własne tradycje.
Uczono nas, że wszyscy obywatele Polski są sobie równi. Powszechnie, również w szkole szanowano wielokulturowość naszej bukaczowieckiej społeczności. Podczas wielkiej, dla niej, próby w latach 1944-45 bukaczowieccy Ukraińcy uprzedzali nas o grożącym nam niebezpieczeństwie i wykazywali dużą odporność na starania UPA o ich uczestnictwo w eksterminacji sąsiadów, Polaków. Na takie, ludzkie ich postawy, miała w dużej, a może nawet przeważającej mierze, praca naszej Szkoły. Uważam, że to był tej Szkoły największy sukces, zapobiegły one bowiem setkom a może nawet tysiącowi zbrodni na nas.
Bukaczowczanie stracili wszystko lub prawie wszystko. Musieli zostawić dorobek wielu pokoleń. Ale w zdecydowanej większości uratowali to, co najcenniejsze – życie swoje i swoich najbliższych.
2.3. Ekspatriacja, czyli wysiedlenie z ziemi ojczystej.
Armia Czerwona wkroczyła do Bukaczowiec 27 lipca 1944r. Zaczęła się okupacja sowiecka. Po przejściu frontu, wszyscy mężczyźni w wieku 18-40 (50?) lat podlegali poborowi. Ukraińcy bojkotowali pobór, w lasach organizowali zbrojne oddziały, które napadały na sowieckich żołnierzy prowadzących nowych poborowych. Uwalniali swoich, Rosjan i Polaków zabijali. Mordowanie mieszkających na Kresach Polaków nie ustało, wręcz przeciwnie, nasiliło się jeszcze bardziej. Pobyt w Bukaczowcach lub okolicy groził utratą życia.
Dla zapewnienia porządku za linią frontu, Rosjanie utworzyli Istriebitielne bataliony, przeznaczone do walki z banderowcami. Jeden z oddziałów stał w Bukaczowcach, drugi w Żurawnie.
W batalionach służyli także Polacy, mieli bowiem możliwość pozostania na miejscu; ponadto (w pewnym stopniu) zapewniali ochronę pozostającym jeszcze na tym terenie rodakom.
Oprócz wielu łukowian w batalionach służyli: Andrzej Rega z Bukaczowiec oraz Stanisław Rogowski, Władysław Szczęch i Jan Wróbel z Karolówki, którzy przebywali na Łukowcu jako uciekinierzy; Paweł Kamiński z Kozary, Michał Jacyszyn z Poświerza.
Sytuacja Polaków w batalionach była bardzo trudna – wspomina w Zeszytach Łukowieckich Pan Jan Kuchta z Łukowca. Wielokrotnie dochodziło do starć z Ukraińcami. Końcem 1944r. oddział liczący 1500 banderowców ruszył w nocy na Bukaczowce z zamiarem zajęcia miasteczka. Żołnierze stacjonujący w Bukaczowcach zostali uprzedzeni o planowanym napadzie. Ściągnięto działa i żołnierzy rosyjskich z Halicza. Do starcia doszło na przedpolach Bukaczowiec; zginęło wielu żołnierzy, ale banderowców zmuszono do odwrotu w stronę Kozary, nad Dniestr, gdzie zostali ostatecznie rozgromieni. To była rzeź – wspomina Pan Jan Kuchta, który brał udział w tej potyczce. Podczas jednej z zasadzek, łukowianin, Stanisław Turbak, zginął ratując rannego oficera rosyjskiego. Postrzelony, bez szans na ucieczkę, rozerwał się ostatnim granatem. Rosyjskie wojsko nadjechało za 10 minut. S. Turbak został pochowany przez Rosjan w centrum Bukaczowiec, pod cokołem na Placu Bohaterów razem z żołnierzami rosyjskimi.
Obecność batalionu w Bukaczowcach zapewne uratowała życie pozostającym tam Polakom i ich rodzinom, a służącym w niej Polakom pozwalała na pozostanie w rodzinnych stronach.
Wkrótce nowa władza kazała Polakom mieszkającym na Kresach określić swoją narodowość. Kto nie chciał przyjąć obywatelstwa rosyjskiego, musiał wyjechać.
Atmosferę tamtych dni opisuje w Zeszytach Łukowieckich Pani Janina Szulc – mieszkanka Łukowca.
(…)Wszyscy się bali – przyszłość była nieprzewidywalna. W końcu Sowieci oznajmili, że musimy opuścić swe domy. To był rozkaz, za niedostosowanie się groziła zsyłka.(…) Trwały aresztowania. 23. września 1945r. aresztowali kilka kolejnych osób z samoobrony Łukowca, w tym jej komendanta, por. Edwarda Polaka (autora książki „Los Polaka”); w słoneczną niedzielę zabrali go z domu do więzienia w Bukaczowcach. Byli bici na przesłuchaniach, znęcano się nad nimi psychicznie i fizycznie. Zesłani na Sybir, na katorgę, zdołali powrócić do Polski w 1956r., ale wielu zmarło wkrótce wskutek chorób i wycieńczenia.(…) W tym czasie wielu wyjechało po cichu na Zachód, do swoich rodzin, aby tylko uniknąć aresztowania. Pozostali zaczęli przygotowywać się do wyjazdu. Woleli jechać na Zachód niż na Wschód. (…)Urząd zaopatrzył nas w „Karty ewakuacyjne”, na których widniały dane personalne delikwenta i jego dzieci, z różnymi pieczęciami Inspektorów Osadnictwa.(…)
Każda rodzina otrzymała przydział na określony transport. Z pobliskiego Chodorowa zaczęły odjeżdżać pociągi z wysiedleńcami.
Na podstawie ustnej relacji swojej siostry Aleksandry Pan Zygmunt Szubert napisał:
(…)Akcja repatriacyjna rozpoczęta jesienią 1945r. objęła Polaków zamieszkujących tereny przedwojenne Polski leżące za Bugiem i Sanem, oraz Polaków, którzy powracali z zesłania i łagrów z dalekich obszarów Związku Radzieckiego i oczekiwali na „drugi etap” repatriacji na tzw.„Ziemie Odzyskane”. Rodziny polskie, które z braku możliwości, nie uciekły z małych miejscowości kresowych zagrożonych ze strony banderowców bestialskimi mordami, po wkroczeniu Armii Czerwonej dowiedziały się, jaki los je czeka. Kresy zostały podarowane Stalinowi przez naszych zachodnich sprzymierzeńców, a Polacy z tamtych terenów mieli być przesiedleni na ziemie odzyskane. Był to okres nieustających mordów, które w niektórych rejonach nasiliły się jeszcze bardziej. Większość Polaków, szczególnie z małych miejscowości już wcześniej uciekła do wielkich miast kresowych. Części z nich udało się podążyć za frontem i osiedlić czasowo w „Polsce.” Pozostali czekali. Czekali, ale wiedzieli, że będą musieli opuścić rodzinne strony.
O pierwszej fali „urzędowej” repatriacji z jesieni 1945r., która odbywała się bardzo chaotycznie, my bukaczowczanie wiemy niewiele. Po pierwsze: dlatego że od jesieni 1944r. w Bukaczowcach przebywało nieliczne grono Polaków, nie bardzo wiedząc cokolwiek o sobie. Z obawy przed banderowcami nie opuszczali swoich kryjówek najczęściej u znajomych Ukraińców. Po drugie: Polacy z rodzin mieszanych starali się nie być aktywnymi, bo wiadomo było, jak reagowali na takie przypadki banderowcy. Po trzecie, wielu bukaczowczan mieszkało już – jeśli wcześniej nie wyjechali do „Polski” we Lwowie lub Stanisławowie u rodzin lub znajomych i nie chciało ryzykować przyjazdu do Bukaczowiec.
16 VIII 1945 roku została zawarta umowa polsko-sowiecka. Podpisali ją W. Mołotow i E. Osóbka-Morawski. Uściślono wówczas przebieg granicy wschodniej (w 1951 roku nastąpiła pewna korekta). Podziałowi uległo województwo lwowskie, a Lwów i Stanisławów oraz inne miasta z przewagą ludności polskiej włączono do ZSRR. Polaków wysiedlono, godząc się w zamian na wysiedlenie Ukraińców z województw: rzeszowskiego, krakowskiego i lubelskiego. Wysiedlono do ZSRR 480 893 osoby. Z tymi ustaleniami nie godzili się Ukraińcy i toczyli walki głównie w Bieszczadach, chcąc je oderwać od Polski. Płonęły wsie i miasta. Aby przerwać rzezie, władze polskie przeprowadziły „Akcję Wisła”; w jej wyniku przemieszczono Ukraińców z Bieszczad na Ziemie Zachodnie i Północne. Wojna w południowo-wschodnich rejonach Polski nie zakończyła się więc w 1945 roku, jak w innych stronach kraju, trwała do 1948 roku. Walki na Ukrainie trwały jeszcze dłużej, ustały dopiero z początkiem lat pięćdziesiątych.
Ciąg dalszy wspomnień p. Zygmunta Szuberta:
Pierwszym transportem, który uformował się w Chodorowie4 i wyruszył na zachód chyba w dniu św. Michała (29.09.1945r.) wyjechała z Bukaczowiec tylko moja siostra Aleksandra Szubert. Nasza rodzina, jak większość polskich rodzin, uciekła z Bukaczowiec w marcu 1944r. do Ropczyc k. Rzeszowa. Gdy front dotarł pod Dębicę i nad Wisłę, w lecie 1944r., siostra i ojciec Józef Szubert, wrócili do Bukaczowiec by pilnować dobytku. Ojciec dowiedziawszy się, że nasze kresy przepadły, wrócił do Ropczyc jesienią 1944r., a siostra została w Bukaczowcach.
Po wyjeździe siostry w Bukaczowcach pozostali już nieliczni Polacy, jak np. moja ciotka Zofia Bartoszowa, gospodyni ks. Józefa Ślipki, pan Rolski z Czahrowa, kilka osób starszych – samotnych oraz kilka rodzin mieszanych. Gro rodzin ładujących się w Chodorowie do wagonów, to mieszkańcy Łukowca i innych miejscowości naszego i sąsiednich powiatów. Wszyscy repatrianci tego transportu, poza „konwojentami” zostali załadowani do odkrytych wagonów towarowych: ludzie, bydło domowe – które cudem ocalało przed konfiskatą dla potrzeb Wermachtu, a później Armii Czerwonej – potrzebny sprzęt domowy, wyposażenie; po kilka rodzin w jednym wagonie. Jazda w tych odkrytych wagonach była gehenną i trwała w nieskończoność, gdyż sam przejazd do Rzeszowa trwał trzy tygodnie.
W Rzeszowie siostra wysiadła z transportu i udała się do Rpoczyc, gdzie przebywaliśmy, czekając na dalszą tułaczkę, gdyż trzeba było myśleć o wybraniu jakiegoś miejsca osiedlenia na ziemiach zachodnich. Transport z Rzeszowa powlókł się dalej, by po „przesiadce” na pociąg normalno – torowy w Toczku na Górnym Śląsku, podążyć dalej w poszukiwaniu „Ziemi Obiecanej”.
Jazda transportem aż do „przesiadki”, w słotę i chłód, w dnie i noce, była straszna. Kto mógł i miał z czego, urządzał na wagonach osłony przed deszczem, wiatrem i chłodem. Trzeba było pilnować rzeczy osobistych, bo poza repatriantami, na wagony ładowali się różni ludzie: szabrownicy, złodzieje itp. W takich warunkach moja siostra straciła jedyny bagaż – kolejarską torbę mojego ojca – wypełnioną rodzinnymi dokumentami wydobytymi z domowej kryjówki w Bukaczowcach.
Mieszkający czasowo we Lwowie bukaczowczanie wyjeżdżali w ramach repatriacji w 1945r. podobnie jak pozostali mieszkańcy miasta.
Mieszkańcy Łukowca, wraz z przebywającymi tam nielicznymi bukaczowczanami, wyjeżdżali transportami z Chodorowa. Aby dotrzeć do stacji, z której odjeżdżały transporty na Zachód, trzeba było przejechać przez kilka wsi ukraińskich. Pan Kazimierz Furtak z Łukowca Żurowskiego napisał:
W lecie 1945r. dowództwo obrony Łukowca z komendantem, p. Edwardem Polakiem na czele, zawarło porozumienie („dogawor”) z dowództwem grupy UPA. Uzgodniono, że pozwolą nam dojechać do stacji kolejowej oddalonej o 15 km i nie będą napadać na furmanki wywożące ludzi i dobytek. Pod koniec sierpnia i początkiem września zaczęła się ewakuacja. Odjeżdżały kolejne transporty, nasz był trzeci5, w październiku. Gdy wyjeżdżaliśmy, to już przyjechali Łemkowie, Ukraińcy przesiedlani z Polski. Do naszego domu przyjechała rodzina z Sośnicy spod Przemyśla, która przez pewien czas mieszkała razem z nami.
(…) Po przyjeździe na peron ułożyliśmy rzeczy na stosy, nakryli, czym się dało. Ojcowie przygotowali jakieś zadaszenie i tak czekaliśmy na peronie ok. 10 dni. Bydło i konie stały pod gołym niebem. Podstawiono wagony i trwał własnoręczny załadunek. Pociąg wyruszył z Chodorowa do Starego Sambora, gdzie musieliśmy wszystko wyładować na perony i czekać na nowy, wąskotorowy transport do Polski.
(…) Trasa prowadziła linią podkarpacką przez Zagórz, Krosno, Jasło itd. aż do Oświęcimia, gdzie znów staliśmy na przełomie października i listopada ok. 7 dni. My, dzieci biegaliśmy po stacji i terenie byłego obozu koncentracyjnego Oświęcim – Birkenau. Warunki w czasie podróży były bardzo trudne. Brak wody, opału, żywności, ubikacji; spaliśmy pomiędzy rzeczami na workach i paczkach. Rodzice, głównie ojcowie, dbali o to, by pociąg jechał dalej. Trzeba było „smarować” bimbrem i słoniną z zapasów. Około połowy listopada dojechaliśmy przez Opole, Wrocław do Środy Śląskiej. W okolicy mieszkali już ludzie z pierwszych transportów.
Łącznie do 1948r. przybyło z terenów ZSRR około l,5mln osób. Dodatkowa ekspatriacja miała miejsce w latach 1958 i 1959 – przyjechało wtedy do Polski ponad 250tys. osób6. Wśród nich garstka Polaków, która została w Bukaczowcach (moja ciotka Bartoszowa, rodziny: Woliszynów, Lewandowskich i inni). Przyjechali do Polski w ramach dodatkowej repatriacji, wyjednanej u Chruszczowa przez Gomułkę – napisał p. Zygmunt Szubert.
W czerwcu 1958r. opuścili Bukaczowce także M. Rolscy z dziećmi. Pozostała część tej rodziny była już w Polsce od 1944r. Rolscy nie wyjechali wówczas ze względu na ciężką chorobę najmłodszej z córek.
3. Miejsca osiedleń po wojnie
Bukaczowczanie rozproszyli się po Polsce i świecie. Nie ma miejscowości, która byłaby skupiskiem byłych mieszkańców miasteczka.
Zesłańcy wracający z Syberii osiedlali się na terenach przyłączonych do Polski m.in. w okolicach Szczecina, Piły, Żagania, Gorzowa, Jaworzyny Śląskiej, Ziębic, Tarnowskich Gór, Opola. Wiele rodzin po niedługim czasie zmieniło miejsce zamieszkania pozostając jednak na tzw. Ziemiach Odzyskanych.
Żołnierze generała Andersa, w większości przypadków pozostawali na obczyźnie. Wrócili nieliczni, by połączyć się z rodzinami, które powracały z zesłania.
Uciekający przed banderowcami po czasowym pobycie zwykle w Małopolsce, szukali miejsca stałego osiedlenia wkrótce po przejściu frontu. Znajdowali te miejsca najczęściej w granicach Polski międzywojennej w Wielkopolsce i rejonie Bydgoszczy: koło Wyrzyska, Janowca, Inowrocławia, Biskupicach, Gnieźnie.
Kilkanaście rodzin bukaczowieckich osiedliło się zaraz po wojnie w mojej rodzinnej wsi – Romanowie k. Czarnkowa n/Notecią (m. in. Babulowie, Cygańczykowie, Kunyszowie, Szczęchowie, stryj Andrzej Krawiec z rodziną, wujostwo Łanuchowie, Trębaczowie, Uchmanowie,…). Jednak po niedługim czasie znaczna część osiedleńców zmieniała miejsce zamieszkania, udając się najczęściej na Dolny Śląsk np. w rejon Lubania Śląskiego.
Niektórzy pozostali na Podkarpaciu: w Jarosławiu, Jaśle, Krośnie, Rzeszowie albo osiedlili się w Krakowie, Gliwicach, Chorzowie. Było i tak, że rodzina pozostała na Podkarpaciu, zajmując gospodarstwo opuszczone przez Ukraińców, którzy wyjechali na Kresy.
Nieliczni udawali się od razu na tereny przyłączone do Polski głównie na Dolny Śląsk. Bardzo niewielu osiedliło się od razu we Wrocławiu.
Kilka rodzin zamieszkało w okolicy Gdańska i samym Gdańsku (rodziny Stygarów i Maciaszków z Piasków, Pawłowiczowie).
Bukaczowczanie przebywający czasowo we Lwowie lub innych miastach, wyjeżdżali jako repatrianci już od wczesnej wiosny 1945r. Transporty kierowano zwykle na Dolny Śląsk. Do Wrocławia zajechał Jan Stanisław Halarewicz z żoną (byłą nauczycielką w Bukaczowcach) i dwoma synami: Jerzym i Leszkiem.
Rodziny które schroniły się na Łukowcu przyjeżdżały transportami, które zorganizowano po żniwach, jesienią 1945r. To tymi transportami wyjeżdżali nieliczni, pozostający jeszcze na Kresach mieszkańcy Bukaczowiec. Początkowo kierowano je na Dolny Śląsk (Środa Śl., Wołów, Ząbkowice, Lubin, Chocianów, Chomiąż k. Malczyc, Złotoryja). Szósty (zapewne i siódmy – prawdopodobnie ostatni) skierowano na Pomorze Zachodnie; dotarł do Nowogardu 15.12.45r.
Transport z 13. października, którym jechali mieszkańcy m.in. Rohatyna, dowiózł wysiedleńców do Złotoryi. Z wysiedleńcami jechał proboszcz z Rohatyna, ksiądz Dunas, który zabrał część wyposażenia kościoła, także organy. Ponieważ kilka rodzin bukaczowieckich (Zadwórni, Wilczyńscy) mieszkało zaraz po wojnie w Złotoryi, można sądzić, że dotarły na miejsce właśnie tym transportem.
Już wcześniej transporty ze Lwowa, Czortkowa, Kałusza kierowano w rejon Szczecina, Gorzowa, Krzyża Wlkp.; tam także osiedlali się bukaczowczanie.
Żołnierze powracający z wojny osiedlali się razem z odnalezionymi rodzinami. Czasem to oni, jako osadnicy wojskowi zajmowali gospodarstwa i czekali na resztę rodziny, która wracała z zesłania czy wojennej poniewierki.
Wyrzuceni z Kresów Polacy przez pewien czas mieszkali razem z Niemcami, dotychczasowymi właścicielami domostw, którzy czekali na wysiedlenie na Zachód. Póki co, dorośli niejednokrotnie dzielili się chlebem, zaś dzieci bawiły się wspólnie zabawkami swych niemieckich rówieśników.
Wywiezieni na roboty do Niemiec – niektórzy pozostali w Niemczech, część wywiezionych wróciła do Polski.
Przyjeżdżający do Polski w 1958r. w ramach łączenia rodzin, osiedlali się w miejscu zamieszkania najbliższej rodziny – zwykle na tzw. Ziemiach Odzyskanych.
Podsumowanie
Zebrany materiał opisujący losy Polaków z Bukaczowiec i okolicy jest niepełny i wymaga uzupełnień. Zdaję sobie sprawę, iż wspomnienia nadesłane przez osoby, które odpowiedziały na mój apel mogą zawierać pewne nieścisłości – ale z całą pewnością są źródłem bezcennych informacji. Dlatego wszystkich, którzy mogliby uzupełnić bądź sprostować przedstawione przeze mnie fakty proszę o kontakt. Mam nadzieję, że dzięki tym relacjom, choć cząstka historii Bukaczowiec nie odejdzie w mrok niepamięci.
Na koniec osobista refleksja. Jak wspominałam, zarówno zesłańcy jak i wygnańcy musieli zostawić na Kresach wszystko. Po wojnie kształcili swe dzieci częściej niż inni, nieraz mimo piętrzących się trudności. Mówili: Ucz się dziecko, tego co masz w głowie, nikt ci nie zabierze. I dzieci uczyły się z powodzeniem. Niech to stwierdzenie będzie optymistycznym podsumowaniem losów zesłańców i wygnańców.

Przypisy

  1. Adolf Limberger - bukaczowczanin, poseł na Sejm II RP, był przed wojną merem (burmistrzem) Bukaczowiec. w czasie wojny funkcję tę pełnił z nadania Niemców Ukrainiec o nazwisku Komariański. Sekretarzem gminy był wówczas Krechowiecki; jego żona (nauczycielka) była Polką. We władzach Bukaczowiec był także Ukrainiec Hryniowski, który wraz z żoną - także nauczycielką - udzielił Polakom schronienia w swoim domu. A. Limberger był w tym czasie zarządcą majątku rolnego (Liegenschaftu), który powstał w miejsce sowchozu. (Podaję na podstawie informacji T. Tomkiewicza.)
  2. Położoną opodal Bursztyna Ludwikówkę, wieś polskich tkaczy, spalono w nocy z 17 na 18 lutego 1944r. Obecnie znaczny jej obszar znajduje się pod wodą - jest tam bursztyński zalew, przy nim ogromna elektrownia.
  3. Zagłada Ludwikówki będzie opisana w oddzielnym artykule.
  4. Stację kolejową w Bukaczowcach wysadzili w powietrze wycofujący się końcem lipca 1944r. Niemcy. Pociągi zaczęły kursować ponownie po prawie dziesięcioletniej przerwie - dopiero od 1953r. z tego powodu Polacy opuszczający Bukaczowce w ramach ekspatriacji musieli dojechać do oddalonego o ok. 20 km Chodorowa.
  5. Zeszyty Łukowieckie podają, że do Środy Śląskiej skierowano także transport numer 5, który wyruszył z Chodorowa w dniu 01.11.1945r.
  6. Po zakończeniu wojny na ziemie Polski (W nowych granicach) przyjechały l 760 263 osoby. w czasie trwania wojny, z Andersem ewakuowało się z ZSRR do Iranu 115 742 osoby, w tym 78 470 żołnierzy. z I Armią Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Berlinga do kraju przybyło ok. 100 tys. osób. Nie rejestrowane ucieczki Polaków z Kresów, objęły w czasie wojny co najmniej 40 tys. osób [sic!]. na Kresach pozostało po wojnie ok. 2 mln. Podaję za: Etapy wyniszczania Polaków i ich kultury na Kresach po roku 1939; prof. Dr hab. M. Pawłowiczowa "Ludobójstwa i wygnania na kresach", Katowice-Oświęcim 1999.
Krystyna Tokarska z d. Krawiec
mój adres: ktokarska@wp.pl

Zdjęcia z wojny

Kliknij aby powiekszyć
Bukaczowczanie
Kliknij aby powiekszyć
Junacy
1) Bukaczowczanie - żołnierze Armii Andersa - Palestyna 1943r.; syn odwiedził ojca w czasie urlopu; od lewej Władysław Krawiec/syn 20lat, Józef Krawiec/ojciec 47 lat (trzeciej osoby nie znam);
2) Junacy: Palestyna 1942r, szkoła junaków; od lewej 12 letni Tadek Krawiec z kolegą o nazwisku - chyba - Ugorski
Kliknij aby powiekszyć
Obóz w Massindi
Kliknij aby powiekszyć
Sybir
3) Mieszkanki Bukaczowiec; obóz w Massindi, Uganda, Afryka równikowa 1945r. podpis na odwrocie zdjęcia: Tak wyglądał nasz ogród przed domem w którym mieszkałyśmy. Siedzi Katarzyna Krawiec z domu Bednarz, za nią córki - od lewej: Weronka, Stefka, Józia- autorka cytowanych w podsumowaniu wspomnień.
4) Sybir, mieszkańcy Bukaczowiec na zesłaniu - w okolicach Swierdłowska, okolice wsi Krutojary:
siedzą od lewej; siostry Weronka i Stefka Krawiec, Zofia Kiepura
stoją bracia Władek i Kazik Krawiec, Tadek Miśkiewicz. Mieszkali w tym samym baraku. Zdjęcie prawdopodobnie z 1941r. okoliczności zrobienia zdjęcia nie są mi znane.
Kliknij aby powiekszyć
Bracia Krawcowie
5) Bracia Krawcowie, spotkanie po wojnie, 1947r. Przybychowo k. Czarnkowa/Notecią: od lewej, według starszeństwa:
  1. Józef - legionista, zesłany 10.02.1940, mieszkał w Bukaczowcach na Marszałkowskiej 19, -żołnierz Andersa
  2. Jan - legionista, zesłaniec 10.02.1940 - mieszkał w Sulejowie k. Martynowa, -żołnierz Berlinga
  3. Wojciech wygnaniec - mieszkał w Bukaczowcach
  4. Andrzej - wygnaniec - mieszkał w Bukaczowcach
Kontakt
1758813 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net