Krystyna Tokarska

Śladami przodków


Pozostałe artykuły związane z Bukaczowcami
Mojej mamie lipiec 2003 Czeremcha W kącie ogrodu rosła czeremcha. Zakwitała majem. Jej białe grona o mdłym słodko – gorzkawym zapachu zmieniały się w lipcu w ciemne jagody. Ich cierpkość przenosiła mamę w kraj lat dziecinnych. Dzięki Niej poznałam ten smak. Zapragnęłam zobaczyć Bukaczowce i Dziadkowy las gdzie na skraju rosły kiedyś stare czeremchy.
Moja podróż na kresy, to jak dla wszystkich Bukaczowczan, podróż sentymentalna. Bardzo pragnęłam pojechać TAM, w strony, za którymi tak bardzo tęskniła moja Mama. Nizinną Wielkopolskę, gdzie urodziłam się i wychowałam, nazywała padołem płaczu. Do końca swych dni wspominała i opisywała piękno krajobrazu stron rodzinnych.
Na wycieczkę na Kresy wraz z grupą Bukaczowczan pojechaliśmy w trójkę - oprócz mnie, siostra z mężem (Wielkopolanin od pokoleń).
Tak zaczyna się moja relacja z pierwszego pobytu w Bukaczowcach zamieszczona w Biuletynie Bukaczowieckim z września 2003r. Jest - w sposób zamierzony - okrojona z wielu emocji.
Dokładniej rzecz ujmując było tak.
Od zawsze chciałam zobaczyć TAMTE strony. W połowie lat dziewięćdziesiątych byliśmy w trójkę we Lwowie. Była to kilkudniowa wycieczka. Spaliśmy wówczas w słynnym w dawnym Lwowie hotelu George, nie do końca zdając sobie sprawę z przedwojennej rangi tego obiektu.
Po głowie błąkała mi jednak ciągle myśl, by pojechać tam znowu, może tak bliżej Bukaczowiec? Myśli stały się coraz bardziej natarczywe, gdy zaczęłam pisać historię rodziny.
Jakoś tak w lutym, wieczorową porą, przypomniałam sobie, że moja kuzynka (z linii matki) Danusia mieszkająca w Szczecinie, utrzymuje kontakty z dawnymi mieszkańcami Bukaczowiec. Nie namyślając się wcale, zadzwoniłam, pytając o możliwość wyjazdu. Danka nie potrafiła udzielić konkretnej informacji, ale podała mi numer telefonu do swej kuzynki (z linii ojca) - Maryli. Ta z kolei stwierdziła, że najbardziej kompetentną osobą jest jej wujek i zaczęła dyktować jego numer telefonu.
Kierunkowy do Poznania, po nim kolejne cyferki, które wprawiały mnie w coraz większe osłupienie. Zorientowałam się, że ten ktoś mieszka bardzo blisko mnie. Tak było w istocie, jakieś 10 minut pieszo, czyli jak mówią w Poznaniu, rzut beretem.
Zadzwoniłam natychmiast, i w czasie rozmowy dowiedziałam się, że wyjazd do BUKACZOWIEC nie jest żadnym problemem.
Bez żadnych kłopotów udało mi się namówić na wyjazd moją siostrę - Marylkę i jej męża - Bogdana. I jestem im za to niezmiernie i dozgonnie wdzięczna. Sama, bez nich, nie odnalazłabym tych wszystkich miejsc, do których teraz tęsknię. Miejsc, do których wracam co roku i chcę wracać, tak długo, jak tylko będę mogła.
To dzięki nim,
...widok z górki Dziadków
mam wciąż przed oczami.
Bez Marylki nie odnalazłabym ludzi stamtąd. Babci Fruzynki, Stasi i Stiopy.
Wyjeżdżaliśmy na Kresy początkiem lipca z Rzeszowa autokarem, by po bardzo krótkim pobycie we Lwowie, rozdzielić się chwilowo na dwie części. Osoby związane z Bukaczowcami jechały tam na półtora dnia. W tym czasie, pozostali mogli zwiedzać Lwów.
Wyjechaliśmy ze Lwowa z opóźnieniem. Dzień był pochmurny, miejscami padało. Kierowca nie znał drogi, a w autokarze nie było osoby, która dobrze znała trasę. Przydała się nawet nasza mapa. Drogi nie oznakowane, brak jakiejkolwiek informacji z zewnątrz. Pilotowali kierując się mapą i intuicją dwaj bracia - jeden z nich był już raz w Bukaczowcach. Osoby, które tam nieraz bywały, jakoś nie potrafiły pomóc.
Zastanawiałyśmy się z Marylką, po co jedziemy na tak długo, co będziemy robić tam tyle czasu, skoro nie wiemy, jak odnaleźć interesujące nas miejsca. Zorientowaliśmy się już, że nikt z uczestników tej wyprawy nie znał członków naszej rodziny, wiedzieliśmy, że nie możemy liczyć na jakąkolwiek pomoc. Wszyscy mieli jakieś konkretne plany, mieli spotkać się z rodzinami lub znajomymi. Tylko my jechaliśmy do Bukaczowiec po raz pierwszy. Martwiłam się, gdzie będziemy nocować. Zdani byliśmy na łaskę obcych ludzi.
Tak dojechaliśmy do Chodorowa. Tam po raz pierwszy od 1956r. spotkało się rodzeństwo: brat mieszkający we Wrocławiu z siostrą, która pozostała na Kresach, bo poślubiła Ukraińca. Wtedy emocje nas wszystkich osiągnęły bardzo wysoki pułap. I już nie malały, bo nieco dalej był Żurów (dawniej mieszkała tu siostra dziadka - Franciszka Gryzowska - z rodziną), zaraz po nim Czerniów (miejsce urodzenia dziadka Józefa Gondka i Mamy - Julii), młyn, Góra Piaskowa i już Karolówka (dom rodzinny Ojca - Wojciecha Krawca, grób dziadka Marcina). Emocje narastały. Zupełnie bez sensu (wydawałoby się) robiłam zdjęcia przez szybę autobusu. Także z tabliczką z napisem Bukacziwcy (wyszły nadspodziewanie dobrze!). Nikt na nas nie czekał. Wszyscy członkowie rodziny opuścili Bukaczowce, często w dramatycznych okolicznościach.
Po kłopotach z zakwaterowaniem, skierowano nas ostatecznie do rodziny ukraińskiej. Otrzymaliśmy późny obiad i po krótkiej rozmowie, by nie urazić gospodarzy, zaopatrzeni w mapkę Bukaczowiec z biuletynu, oraz wykonany przez wujka Janka - brata Mamy - plan szczególnie interesującej nas części Bukaczowiec, wyruszyliśmy w kierunku Ryżdoliny. Tak skierowali nas gospodarze, gdy pokazaliśmy im na planie miejsce, do którego chcemy dotrzeć. Gospodyni podprowadziła nas trochę i wskazała kierunek marszu.
Przed wyjściem Marylka zapytała gospodarzy, czy może mieszka tu ktoś, kogo nazywają Hryć. Dowiedzieliśmy się wtedy, że to bardzo popularne na tym terenie zdrobnienie imienia Grzegorz i że osób o takim imieniu jest tu wiele.
Właściwie nie miałam żadnych oczekiwań. Chciałam tylko zobaczyć miejsce, gdzie stał dom rodzinny Dziadków. W nim mieszkali moi Rodzice, tam urodzili się moi starsi bracia. Myślałam sobie, że może rosną jeszcze drzewa z sadu, który był przy domu. Chciałam popatrzeć na krajobraz tamtych stron oczami Mamy.
Było już późne popołudnie, pogoda nam nie sprzyjała, mżył deszcz, a my brnęliśmy polami. Mieliśmy wiele szczęścia. Jakby Opatrzność kierowała naszymi krokami i w zadziwiający sposób stawiała na naszej drodze kolejnych ludzi.
Na bezludziu stały dwa domy. Bogdan, posługując się językiem rosyjskim zagadał do chłopca kręcącego się po podwórku. A chłopiec zawołał babcię. To była pani Zosia Siwak, tak o sobie mówiła. Znała język polski, chodzi do katolickiego kościoła. Pamiętała nazwiska wielu polskich rodzin mieszkających w okolicy ponad sześćdziesiąt lat temu! Mimo swoich 82 lat i trudności w poruszaniu się, zaprowadziła nas miedzą przez górkę, do podnóża kolejnej i w oddali wskazała miejsce, które kiedyś było ziemią Dziadków.
Weszliśmy na jeszcze jedną górkę, po niej na następną, tą właściwą. Nie było na niej żadnych upraw, to był ugór porośnięty trawą, nawet polnych kwiatków było niewiele. Mieliśmy świadomość, ż jesteśmy na ziemi, którą kiedyś kupili Dziadkowie, a później była własnością różnych członków naszej rodziny. Ziemi - dla mnie - prawie świętej.
To było tu! Tylko gdzie stał dom? A las - z prawej czy lewej strony był lasem dziadkowym? Drzew owocowych ani śladu. Ściśnięte ze wzruszenia gardło, oczy pełne łez. Przepiękna panorama, choć ani aura, ani spocone oczy nie pozwalały na podziwianie pełni tego piękna. Seria zdjęć. Zerwane na pamiątkę kwiaty z tamtego pola, grabowa gałązka z lasu. Myśl, czy wziąć ziemię, by wysypać na mogiłę Rodziców. Zmierzchało. Dalej mżył drobny deszcz, wiało. Schodziliśmy wolno, nie wiedząc, czy kiedyś jeszcze dane nam będzie tu przyjechać. Wiedzieliśmy tylko, że gdzieś na zboczu, po którym schodzimy, stał dom. Ale gdzie?
Idąc przed siebie, zeszliśmy w dolinę leżącą z drugiej strony górki. U podnóża tejże biegła zarośnięta, prawie niewidoczna polna droga. Ta polna droga była dawniej ulicą Marszałkowską, bo taki adres mieli przed wojną rodzice.
Ściemniało się. Rozglądaliśmy się jeszcze, ale szliśmy już dawną Marszałkowską w stronę centrum Bukaczowiec. Widać było, że wzdłuż drogi biegł kiedyś rów, teraz prawie zupełnie zarośnięty. W pobliżu pasł się cielak. W oddali, za poletkami uprawnej ziemi widać było las. Przy drodze rosły stare drzewa czereśniowe.
Niedaleko, prawie po sąsiedzku stały trzy domy. Bogdan znowu zagadał przez płot do przebywającego na podwórku Ukraińca. Na prośbę Marylki znów pytał o Hrycia, który w czasie wojny pracował w cegielni i mieszkał w pobliżu. Hryć był kolegą naszego Ojca. Ostrzegł Rodziców przed banderowcami. Końcem lutego 1944 roku przyszedł nocą do ich domu mówiąc, że powinni uciekać z Bukaczowiec. A Marylka, z niezrozumiałym dla mnie uporem, pytała o niego kolejnych napotykanych ludzi. Mnie wydawało się, że to pytanie jest bez sensu, tak jak szukanie igły w stogu siana. Nie widziałam najmniejszej szansy na odnalezienie choćby śladu po nim.
Zapytaliśmy więc o Hrycia idącą naprzeciw nas parę około pięćdziesięcioletnich Ukraińców. Odpowiedzieli, że są zbyt młodzi, by pamiętać dawne czasy. Widać było, że czują się nieswojo, a i my nie czuliśmy się zbyt pewnie na nieznanym, kiedyś wrogim naszym rodzicom terenie. Kobieta po dłuższej chwili wahania powiedziała, że jej ojciec pracował w cegielni i miał na imię Hryć, ale ona nic nie wie. Powiedziała, abyśmy poszli prosto dalej, do stojącego za asfaltową drogą domu. To niedaleko. Tam mieszka 86 letnia baba, która dużo wie.
Przeszliśmy może sto metrów i zobaczyliśmy dom. Stał wśród drzew, trochę odsunięty od drogi. Podeszliśmy bliżej. Na podwórku ujadały psy. Zastanawialiśmy się, czy wypada nachodzić wieczorową już porą nieznanych ludzi. I wtedy dostrzegliśmy przyglądającą się nam przez okno bardzo starej chałupki staruszkę. Zdawało się, że czeka na nas, że ręką wykonuje gest zapraszający do wejścia.
Podeszliśmy bliżej płotu. Psy ujadały z coraz większą zawziętością. Przed dom stojący obok chałupy wyszła kobieta około sześćdziesiątki. Po chwili rozmowy okazało się, że jest córką staruszki, która wyglądała przez okno. A baba do której nas skierowano, to jej matka - Fruzynka Stasiszyn - żona Hrycia, o którego z zadziwiającym mnie uporem dopytywała się Marylka. To ją widzieliśmy przez okno.
Pamiętała naszego ojca i wielu Polaków mieszkających w tamtej okolicy przed laty. Hryć, jej mąż umarł 10 lat temu. Rozmawialiśmy dłuższą chwilę, nie kryjąc wzruszenia. Ani my, ani ona.
Okazało się, że Ukrainka, która nas skierowała do baby jest córką tej starej kobiety.
Kliknij aby powiekszyć
Tabliczka adresowa, zachowana do czasów obecnych, na domu, w którym w czasie wojny mieszkał Adolf Limberger - poseł na Sejm II RP
W sąsiednim, murowanym domu mieszka druga jej córka Stanisława Ozorkiw z mężem. Na domu, na wysokości ponad dwóch metrów, sporo nad aktualną tabliczką adresową (Krawczuka 17) zobaczyliśmy drugą - starą, zardzewiałą, prawie niewidoczną na czerwonym, ceglanym murze. Po oczyszczeniu okazało się, że zawiera napis: MARSZAŁKOWSKA 37. Bogdan wszedł na drabinę by zrobić zdjęcie, ale już trzeba było użyć lampy błyskowej. Zrobiło się ciemno. Dom, na którym zachowała się tabliczka, był przed wojną własnością Johana Limbergera, w czasie wojny mieszkał w nim jego brat Adolf - przed wojną poseł na sejm i burmistrz miasteczka.
Było już ciemno, ale nie sposób było pożegnać gospodarzy. Przyjęli nas bardzo serdecznie, nie wypadało odmówić poczęstunku. To był pyszny barszcz ukraiński. No i horiłka! Jeszcze chwila rozmowy, łzy pożegnania. Wracaliśmy idąc cały czas asfaltową drogą. Do centrum, gdzie mieliśmy kwaterę, było pół godziny szybkiego marszu. Zaniepokojeni gospodarze zaczęli już nas szukać, było już po dziesiątej.
Niepotrzebnie błąkaliśmy się po polach, na dawną ziemię dziadków wiodła szeroka i do pewnego miejsca asfaltowa droga, miejscami bardzo kręta, bo biegnie między pagórkami.
A gospodarze? Cóż, nie podejrzewam ich o złą wolę.
Kolejny dzień, 09.07.2003 rozpoczęliśmy od wizyty w kościele. Emocje sięgały zenitu, ogarnęło mnie niewypowiedziane wzruszenie, myśli biegły jak szalone na widok ołtarza, przed którym dokładnie sześćdziesiąt siedem lat wcześniej, 10.07.1936 roku brali ślub nasi Rodzice, gdzie byli chrzczeni bracia.
Zajrzeliśmy jeszcze na cmentarz parafialny - zarośnięty chwastami - sprawiał przygnębiające wrażenie. Spacer po Bukaczowcach: szkoła, dworzec kolejowy, szybki marsz w stronę Karolówki, a raczej miejsca po niej. Tylko tyle i aż tyle.
Wracając do Lwowa wiedzieliśmy już, że jeśli tylko będzie to możliwe, wrócimy tu za rok, by nasycić serce i oczy.
Wiedzieliśmy też, że jest w Bukaczowcach dom, w którym będziemy mile widzianymi gośćmi. Dom Stasi, Stiopy i babci Fruzynki.
W kolejnych dniach pojechaliśmy zwiedzać Brzeżany, Kamieniec Podolski, Chocim, i wiele innych ciekawych i urokliwych miejsc. To dalsza i choć nie mniej interesująca część wyprawy, były to już zupełnie inne emocje.
Wróciliśmy za rok, w lipcu 2004r.
Stiopa ze Stasią wyjechali po nas konną furą wzbudzając tym ogólną sensację i radość wśród turystów z Polski. Po drodze mówili kto gdzie mieszkał przed wojną. Gdzie stał dom stryja Józefa, listonosza Trębacza i innych osób o znanych nam nazwiskach. Wskazali miejsce, gdzie dawniej była cegielnia. To Stasia, urodzona w czasie wojny wiedziała wszystko od swych rodziców. Wiele wiedział też Stiopa, mimo że pochodził z Kołokolina. Przyjęli nas niezwykle serdecznie. Babcia popłakała się ze wzruszenia.
Najszybciej jak było możliwe poszliśmy na górkę Dziadków. Dzień był słoneczny, a my mieliśmy znacznie więcej czasu. Znaleźliśmy miejsce, gdzie stał dom - widoczna była inna, bardziej zielona w tym miejscu roślinność i jakby splantowany fragment górki. Wiedziałam już, z której strony był las dziadków. Ale las już nie ten. Stary ścięto, na jego miejscu posadzono nowy, dziś już prawie 40 letni.
Weszłam między drzewa i idąc lasem szłam pod górę. Nagle zauważyłam ogromne, bardzo stare drzewo, które stało na skraju lasu dziadków. Miało ponad dwumetrowy obwód na wysokości moich ramion. To była stara czereśnia! Wydawało się, że drzewo jest martwe. Zrobiłam zdjęcie, a w domu na dużym powiększeniu dokładnie przyjrzałam się jego koronie. Żyje jeszcze. Potężny pień bez bocznych gałęzi pnie się w górę i tylko na czubku zielenieją liście. Są tak wysoko, że nie widać czyje: smukłych buków, czy staruszki czereśni. Wycinając dziadkowy las, ją jedyną pozostawiono przy życiu. Komu było żal starej czereśni? Dlaczego? Nie znam odpowiedzi na te pytania.
W czasie następnego roku udało mi się namówić na wyjazd moją kuzynkę Hanię, córkę Paulinki. Było sprawą oczywistą, że zamieszkamy u Stasi i Stiopy. Jak poprzednio powitanie było niezmiernie serdeczne. Jak poprzednio, zaraz pobiegliśmy na znane nam miejsce. A Hania potwierdziła, że to tu była przed 15. laty ze swą nieżyjącą już kuzynką. Pokazała miejsce, gdzie stał dom jej rodziców. My natomiast pokazaliśmy Hani czereśnię w dawnym lesie Dziadków. To pewnie z niej spadła wiele lat temu mama Hani i o mało się nie zabiła.
Z obejścia nie zostało nic. Tylko splantowane miejsce na górce i inny odcień zieleni wskazują, w którym miejscu stał dom dziadków. Po domu Hani nawet i taki ślad nie pozostał. Tylko ta czereśnia żyje jeszcze, jako niemy świadek dramatów rozgrywających się w pobliżu. Jak długo?
Wokół pustkowie, a przecież kiedyś tętniło tu życie, mieszkało wiele rodzin, na podwórkach bawiły się dzieci. Dziś w okolicy nie ma domów, podwórek, ogrodów, sadów, kwiatów. Tylko porośnięta chwastami i burzanami, nieuprawiana od lat ziemia. Przed laty spalono lub wyburzono wszystkie domy w okolicy. Ugór i martwa spopielała ziemia spotęgowana trwającą tam od dwóch miesięcy suszą sprawiają przygnębiające wrażenie.
W styczniu 2006 zmarła babcia Fruzynka. Miała 90 lat i jeden tydzień.
Latem 2006 planujemy kolejny pobyt w Bukaczowcach. Jak w ubiegłym roku pojedziemy na cmentarz greko - katolicki, położony na naddniestrzańskich wzgórzach. Tak jak w ubiegłym roku będziemy porządkować stary, zamknięty już cmentarz w centrum. Poprzednio zrobiliśmy inwentaryzację wszystkich, także ukraińskich grobów, opracowany został dokładny plan ich rozmieszczenia.
Kliknij aby powiekszyć
Poświęcenie krzyża na Karolówce
Trzeba jeszcze zrobić dokumentację fotograficzną zabytkowych nagrobków. Pójść na Karolówkę, gdzie dzięki staraniom Tadzia Tomkiewicza, w miejscu dawnego kościoła, przy ruinach cmentarza, stanął krzyż z napisami w obu językach. Chcę jeszcze zobaczyć Czerniów i Żurów i Kołokolin, pójść polami nieistniejącej Karolówki. Stanąć na górce Dziadków, by znów zobaczyć w oddali kominy Bursztyna, naddniestrzańską dolinę, pobliskie Bukaczowce, dolinkę, gdzie dawniej stał dom stryja Andrzeja i to wszystko, czego opisać nie zdołam...
Krystyna Tokarska
Kontakt
1756847 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net