Ks. dr Łucjan Tokarski

Katecheta w I Liceum i Liceum SS. Urszulanek. Średniego wzrostu, korpulentny, zawsze uśmiechnięty swoim wszystkowiedzącym uśmiechem, w którym kryło się zrozumienie nie tylko uczniowskich, ale także ludzkich niedoskonałości. Traktował każdego z nas jako jedyne w swoim rodzaju indywiduum, zgoła odmienne od pozostałych, któremu należy poświęcić wiele uwagi, wysłuchać do końca i przyrzec pomoc lub interwencję, gdzie należało, pod jednym wszakże warunkiem, że to indywiduum zdaje sobie sprawę, że jest mocno niedoskonałe i przyrzeka czynić wszystko, by tę swoją niedoskonałość usunąć.
Utrzymywał dobre stosunki z księdzem katechetą obrządku greckokatolickiego (dziś ukraińskiego) jak też i z rabinem, jakkolwiek ten ostatni był bardzo pewny siebie i mało tolerancyjny dla niedoskonałości uczniów nie będących Żydami, a uchybienia wobec swej osoby egzekwował natychmiast, dopuszczając się nawet rękoczynów. Rabin miał dużo zajęć w szkole, gdyż liczebność uczniów - Żydów sięgała w niektórych klasach nawet 50% (w naszej klasie 13 Żydów na 33 uczniów), czego nie można powiedzieć o młodzieży greckokatolickiej (w naszej klasie tylko 1 tzw. Rusin) jakkolwiek były to przecież kresy wschodnie. W innych klasach musiało ich jednak być więcej, gdyż katecheta greckokatolicki był także bardzo często widziany w szkole.
Przed zakończeniem roku szkolnego 1938/39 - dla nas ostatniego -zorganizował ks. Tokarski pielgrzymkę do Kochawiny, malej wioski w pobliżu Stryja, słynącej z cudownego obrazu Matki Boskiej Kochawińskiej. Jechaliśmy tam pociągiem osobowym, który z natury rzeczy nie spieszy! się, by nie zostać poczytanym za pospieszny, a poza tym musiał przestrzegać swego rozkładu jazdy. Nie wolno mu było przyjechać ani za wcześnie ani za późno. Przed wojną według przejazdu pociągu można było regulować zegarki i nigdy nie było pomyłki.
Tor naszego pociągu wiódł przez pola żyzne, porosłe wówczas niezbyt wysoką jeszcze pszenicą, tu i ówdzie znacznie wyższym i płowiejącym żytem, a głównie rzepakiem. Była to wiosna przeraźliwie młoda i dorodna. W sadach kwitły już jabłonie o kwiatostanach dużych, silnych i w zależności od odmiany mniej lub więcej zaróżowionych oraz grusze, którym jednak natura poskąpiła różu. Ich kwiaty były białe, a u dołu lekko zielone. Za to na rzepakowych rozlewała się feeria żółtego koloru, świeżego, czystego, jakby pragnącego wyrwać się z zielonych osłonek, w których był osadzony. Koloru tego nie powstydziliby się na pewno impresjoniści francuscy. Im bardziej zbliżaliśmy się do celu podróży, tym więcej było rozrzutnie przez naturę oferowanych kobierców.
Była to ostatnia wolna wiosna w kraju, w którym strzelały w górę wieże kościołów, jeszcze nie zamkniętych, jeszcze nie zamienionych na magazyny czy sale gimnastyczne.
Ks. Tokarski odprawił uroczystą mszę w intencji naszych matur, wszyscy przystąpiliśmy do Komunii świętej.
Potem miejscowi księża podejmowali nas obiadem z zieloną sałatą, której sam smak pozostał w pamięci niektórym do dzisiaj. Niektórym pozostały też - szczęśliwie ocalone - fotografie z tamtego dnia.
Ks. Tokarski, oprócz religii, uczył także w klasie maturalnej propedeutyki filozofii, był sekretarzem Rady Pedagogicznej, stąd nasze świadectwa maturalne pisane są jego ręką. Człowiek wielkiej łagodności, był bardzo życzliwy dla uczniów. Jak duża część ówczesnych katechetów nie traktował lekcji religii jako przedmiotu do opanowania, lecz jako okazję do rozmów i kształtowania osobowości uczniów. Rozmawialiśmy więc na lekcjach na różne tematy. Czasem Ksiądz Doktor (jak Go tytułowaliśmy) pomagał tłumaczyć teksty potrzebne na lekcję łaciny. Trzech naszych kolegów (nie najmocniejszych) prosiło nawet, aby nie zwalniał ich z egzaminu maturalnego z religii - zależało to od katechety - gdyż wtedy będzie pełnoprawnym członkiem Komisji i będzie mógł ich „bronić" przy maturze. Ksiądz był katechetą od ponad 20 lat. Jego podpis widnieje na świadectwach maturalnych mojej (RH) matki i mojej teściowej (z Seminarium Nauczycielskiego w Stryju) oraz mojej żony (z Liceum SS. Urszulanek w Stanisławowie).
Zastał zabrany przez, policję znacznie później niż inni nauczyciele, ze swego mieszkania naprzeciw kościoła OO. Jezuitów, gdzie stale odprawia! msze. Zginął zamordowany według jednej wersji w stanisławowskim więzieniu, według innej w obozie oświęcimskim.
Ryszard Harajda
Kontakt
1758841 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net