Prof. Bolesław Sokołowski

Polonista z prawdziwego zdarzenia, tak przejęty swoim przedmiotem, że często zapominał o świecie Bożym i otaczającej go rzeczywistości. Średniego wzrostu i wieku, bardzo szczupły, mocno pochylony do przodu nosił pincenez, a uczył w dwu szkołach: w I Gimnazjum i Liceum im. M. Romanowskiego przy ul. Kazimierzowskiej i II Gimnazjum i Liceum im. J. Piłsudskiego przy placu Paderewskiego. Budynki tych szkół były oddalone od siebie mniej niż o 1 km. Bywało tak, że odległość tę Profesor musiał przebyć w ciągu jednej dużej przerwy. Chodził pieszo; po drodze czasem zatrzymywał się, aby przemyśleć jakiś nurtujący go problem. Zdarzało się, że odwrócił się o 180 stopni, bo przeszkadzał mu wiatr, deszcz czy śnieg. Po ocknięciu się z zamyślenia szedł dalej i wracał do szkoły, z której właśnie wyszedł. Przerwa się skończyła, a uczniowie czekali.
W I Liceum zaczął uczyć dopiero klasy licealne. Po objęciu klasy nie zwracał zupełnie uwagi na stopnie stawiane przez swego poprzednika w gimnazjum, lecz oceniał uczniów według własnych kryteriów. Nie wystarczyło, zwłaszcza na początku, napisać poprawnie, a nawet z polotem klasówkę lecz trzeba było wykazać się umiejętnością jasnego formułowania myśli i pełną znajomością omawianego problemu. Zdarzało się więc, że uczniowie, którzy mieli wysokie oceny w gimnazjum, teraz, spadali niżej. Musieli dopiero udowodnić, że nie tylko stylistycznie byli dobrzy, lecz również z literaturą żyli za pan brat. Wówczas dopiero „Bolcio" nabierał do nich zaufania i traktował ich poważnie.
Lekcje prof. Sokołowskiego były ciekawe, a właściwie nie tylko lekcje, całość pracy nad opanowaniem języka i literatury polskiej. Praca ta miała w sobie dużo samodzielności i zbliżona była - z czego wtedy nie zdawałem (RH) sobie sprawy - do studiowania. Oto przykłady. Jedno z zadań domowych zadanych nie na następną lekcję, ale na około dwa tygodnie brzmiało: Napisać list do przyjaciela lub toast na spotkanie koleżeńskie w języku Paska. Napisaliśmy wszyscy, lepiej lub gorzej. Dla mnie było to w każdym razie jedno z bardzo nielicznych zadań domowych odrabianych z przyjemnością. Na stole leżał nie tylko Pasek, ale i sienkiewiczowska Trylogia, Szkice Kubali i jakieś opracowania literackie o Sienkiewiczu. Z tamtego czasu pozostała mi sympatia dla barokowej polszczyzny. W wiele lat później, już jako długoletni nauczyciel matematyki (tak, matematyki! - dziwne są koleje losu) dostawałem od moich byłych uczennic i uczniów zawiadomienia o ślubie. Niektóre były pisane właśnie tym starym językiem, bo w latach bodaj sześćdziesiątych było to modne. Na takie listy nie odpowiadałem stereotypowo telegramem, lecz pisałem list w języku Paska, tak jak mnie lego uczył prof. Sokołowski.
Innym przykładem postępowania Profesora było jego polecenie podane nam na półrocze przeszło rok przed maturą: „Literaturę polską powinniście znać w zasadniczym zakresie, ale każdy z was wybierze sobie dwu pisarzy i zapozna się z ich twórczością w pełnym zakresie, jak na uniwersytecie". Wtedy to zabrałem się do czytania i analizy dwutomowej książki Józefa Kallenbacha Adam Mickiewicz. Ogromnie interesująca lektura. Drugim wybranym pisarzem był Sienkiewicz, ale co wtedy czytałem - nie pamiętam. Dzisiaj w pełni rozumiem, jak mądre było nauczanie profesora Bolesława Sokołowskiego (RH).
Bywały jednak sytuacje trudne i niebezpieczne. Przy egzaminie maturalnym Profesor pytał zdającego z Młodej Polski. Słysząc odpowiedź, która go zadowalała poruszył nagle występujące często w poezji zjawisko onomatopei i jako przykład podał wiersz poety francuskiego P. Verlaina. W wierszu poeta naśladuje grę na skrzypcach odpowiednio dobranymi słowami francuskimi. Na abiturienta, który wiersza nie znał nawet w tłumaczeniu, padł blady strach. Sytuacja wymagała jednak szybkiej odpowiedzi, wybrał więc odpowiedź wymijającą, którą Profesor przyjął i rozmowa potoczyła się dalej.
Z inicjatywy polonistów działy się w I Liceum i inne ciekawe rzeczy. W roku 1938 na podstawie porozumienia międzyszkolnego wszystkich szkół średnich postanowiono wydawać pismo literackie „Start Młodych". Wybrano wspólny komitet redakcyjny i wystosowano apel do uczniów klas licealnych, aby nadsyłali artykuły, które chcieliby drukować, proponowano tematykę, określono zakres zainteresowań. W miejscowej drukarni załatwiono druk i „Start Młodych" wystartował. Jakim cudem - już nie pamiętam. Pierwszy numer rozkolportowano we wszystkich szkołach średnich bez większych kłopotów. Później zabrano się do gromadzenia materiałów do numerów następnych.
Gdy pewnego razu w Teatrze Ziemi Stanisławowskiej występowała w operetce Krysia Leśniczanka Krystyna Szczepańska, śpiewając swym pięknym mezzosopranem „Cesarzu, cesarzu! potężne imię twe/cesarzu, cesarzu wszak Krysia błaga cię…", za kulisami czekało na nią dwóch drżących i przejętych swą rolą reporterów „Startu" z prośbą o wywiad. Niewiele się wywiedziano, bo reporterzy, gdy stanęli przed piękną i młodą śpiewaczką, zapomnieli języka w gębie i prosili tylko o pozwolenie zamieszczenia w piśmie jej zdjęcia z autografem. Otrzymali zgodę i zdjęcie.
„Start Młodych" był miesięcznikiem, wyszło 10 numerów, ostatni chyba w kwietniu lub maju 1939 roku, ostatniego roku polskiego Stanisławowa.
Natomiast w roku 1947 lub może 1948 spotkałem w poznańskim Kuratorium Okręgu Szkolnego prof. Sokołowskiego, który uczył języka polskiego w Kępnie. Ja (RH) uczyłem już matematyki w Poznaniu. Ucieszyłem się ze spotkania ogromnie. Naszego „Bolcia" lubiliśmy serdecznie, choć po cichu żartowaliśmy trochę z jego wielkiego roztargnienia. Ale ceniliśmy jego wiedzę, znajomość literatury i opanowanie kunsztu języka. Dziś dodam tu jeszcze jeden tytuł do chwały. Prof. Sokołowski stawiał wyżej dydaktykę myślenia nad dydaktyką pamięci. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dziś po blisko 50 latach mojej własnej pracy nauczyciela w szkołach średnich i wyższych, widzę to doskonale i bardzo serdecznie mego Profesora wspominam.
Ryszard Harajda
Kontakt
1756865 odwiedzin od 5 stycznia 2004 roku
Google Search

WWW stanislawow.net